
Artykuł zawiera spoilery z ósmego odcinka serialu „Ród Smoka”.
Po raz kolejny scenarzyści serwują nam przeskok czasowy, tym razem o 6 lat. Podziwiam scenarzystów za to, jak za każdym razem próbują nam przekazać, ile czasu minęło od poprzedniego epizodu. Tym razem mamy wywód Rhaenys o 6-letnim oczekiwaniu na swojego męża i informacji, że on raczej nie wróci i potrzebny jest nowy lord Driftmarku. Co, jak słusznie podejrzewacie, doprowadzi do konfliktu, bo mamy dwóch pretendentów: wnuka Corlysa, syna Rhaenyra czyli Jacaerysa oraz brata zaginionego, o którym w sumie mało słyszeliśmy w serialu…

Konflikt
Mimo, że główną osią epizodu jest walka o Driftmark, to tak naprawdę ważniejsze są tutaj relacje pomiędzy widocznymi już stronnictwami Rhaenyry i Alicent. Widzimy jak przez 6 lat postarzał się król Viserys, a władzę de facto przejęła jego żona wraz ze swoim ojcem. Tak więc, gdy rozpoczyna się sąd, czy rozpatrzenie petycji o dziedzictwo Drifmarku, spodziewać się można czegoś pokroju sądu nad Tyrionem. Tutaj muszę pochwalić scenarzystów, bo zwrot akcji związany z wkroczeniem starego króla do sali tronowej, to było najlepsze, co nas spotkało w tym serialu. Jego powolny marsz do tronu i pomoc okazana przez Deamona jasno pokazują, kto tu rządzi i jak bardzo Viserys pragnie pogodzić swoją rodzinę oraz utrzymać jej jedność. Przyznam, że dopiero w scenie, gdy zniedołężniały król rzucił się z nożem na adwersarza, ujrzałem prawdziwego króla Westeross, a nie nieudolnego władcę, któremu trzeba przytrzymać zwierzynę, aby ją zabił. Paddy Considine wspiął na szczyt swoich możliwości i aż mi żal, że więcej nie będzie mógł nam zaprezentować swoich umiejętności aktorskich. Lordem Przypływów został zaś syn Rhaenyry, a król zażyczył sobie ucztę z cała swoją rodziną.

Ród Smoka ucztuje
Uczta była ze wszystkich miar ciekawa. Piękna wiwisekcja skłóconej rodziny i sytuacji, gdzie nestor rodu pragnie wszystkich pogodzić przed śmiercią. Idealnie pokazano, jak Alicent i Rhaenyra starają się załagodzić spór, a młodsze pokolenie wręcz przeciwnie. Tu kolejne ukłony dla Olivii Cooke i szkoda tylko, że Emma D’Arcy jej nie dorównuje. Naprawdę urzekł mnie klimat takiego rodzinnego spotkania, gdzie nestor cieszy oczy (oko) swoją rodziną, bo w jego mniemaniu cała familia się pogodziła i dzięki temu, po jego śmierci, Westeros nie czeka już wojna domowa. Jednocześnie wyraźnie widać zarysy konfliktu, zwłaszcza wśród młodych chłopaków i mimo, że Aegon rzucał niewybrednymi docinkami, to chyba jednak większym problemem dla Rhaenyry może być jego brat, czyli jednooki Aemond. Wyraźnie widać jego złość za utratę oka, czyli za wydarzenia z poprzedniego odcinka, a podanie mu świni i uśmiech syna Aemonda wystarczyły, żeby rozpętać aferę. Jednak – jak to zazwyczaj scenarzyści tej produkcji mają w zwyczaju – dodano kompletnie niepotrzebną scenę po uczcie, kiedy to półprzytomny Viserys mówi Alicent o królu, który zjednoczy ogień i lód. Jest to dość mało subtelne pokazanie dlaczego Alicent będzie walczyła o tron dla Aegona. Osobiście wolałbym, aby jej pobudki były tradycyjne, czyli chęć zachowania władzy.

Podsumowanie
Jest to zdecydowanie najlepszy jak do tej pory odcinek serialu. Wreszcie dostaliśmy coś, co może zainteresować i zaintrygować. Klocki, które scenarzyści topornie ustawiali przez prawie cały sezon, zaczynają się teraz składać w całość. Jednak muszę się przyczepić do niepotrzebnej sceny oraz Matta Smitha. Niestety aktor kompletnie mnie nie przekonuje, a co więcej: mam wrażenie, że od paru odcinków po prostu jest na planie i nic więcej. Oczywiście więcej zarzutów w tym temacie kieruje do scenarzystów, niż do samego aktora. Odcinek mnie zaciekawił, a tytuł odcinka dziewiątego, czyli „Green Council”, sugeruje, że konflikt eskaluje i może wreszcie się ten serial rozkręci. Najwyższa pora, skoro zostały już dwa odcinki do końca.
