Shogun – sezon 1, odcinki 1 i 2 – recenzja

Nie ukrywam, że mam spory sentyment do poprzedniej ekranizacji prozy Jamesa Clavella. Powstały ponad 40 lat temu miniserial z Richardem Chamberlainem, Johnem Rhys-Davies i przede wszystkim genialnym Toshiro Mifune, kojarzy mi się z po prostu z dzieciństwem. Ale dopiero gdy przeczytałem książkowy pierwowzór, doceniłem zawiłość intryg i to, jak ciekawie Clavell oddał realia feudalnej Japonii u zarania epoki Edo. To jedna z bardziej interesujących książek, które czytałem w życiu i dlatego wieść o tym, że Shogun będzie miał mieć re-ekranizację trochę mnie zelektryzowała i zaniepokoiła. Z jednej strony, zwiastuny epatowały brutalnością i sporą ilością krwi podczas dekapitacji, a nie o to przecież chodziło w książce. Ale z drugiej, w rolę Toranagi miał się wcielić Hiroyuki Sanada, a ja naprawdę lubię tego aktora. Pozostało czekać do premiery, żeby zobaczyć, co też dzisiejsi scenarzyści będą wyczyniać…

Klimat na plus

Zacznę od plusów, bo jest ich sporo. Przede wszystkim na ekranie czuć było świetny klimat – chociażby kwestie realiów orientalno-historycznych. Świat pokazany jest wspaniale i widać, że twórcy przyłożyli się do rzeczy. Stroje, lokacje, rekwizyty – na tyle, na ile znam historię i kulturę Japonii, niesamowicie pasują. Podoba mi się też to, że każda nacja mówi w swoim języku – choć tu nie do końca zrobiono to konsekwentnie. 🙂 Japończycy mówią po japońsku, ale Europejczycy niby posługują się portugalskim, tylko ten portugalski coś bardzo przypomina mi język Shakespeara. 🙂

Shogun - Hiroyuki Sanada jako Yoshi Toranaga bardzo tu pasuje.
Źródło: Disney+/FX

Ale klimat to nie tylko realia świata przedstawionego. To też realizacja, a ta jest na bardzo wysokim poziomie. Gdy sceny kręcone są na statku, to kamera delikatnie, prawie niezauważalnie porusza się imitując ruch fal. Bardzo spodobała mi się scena przesłuchania Johna Blackthorne’a przez Yoshi Toranagę. Panowie nie znali swoich języków, dlatego trzeba było korzystać z tłumacza – księdza Alvito, by Toranaga mógł zrozumieć więźnia. Początkowo kamera pokazywała duchownego, gdy wzajemnie przekazywał treść tłumaczonych słów, ale potem montaż delikatnie przyspieszył, a kamera skupiła się tylko na Johnie i Toranadze, a widz mógł odnieść wrażenie, że panowie rozmawiają tylko ze sobą. Takich przykładów realizacyjnego kunsztu jest więcej. Świetne!

Shogun, czyli kto?

Przejdźmy do fabuły, która – zgodnie z tytułem – opowiada o tym, jak Yoshi Toranaga osiągnął najwyższy dostępny wtedy śmiertelnikowi tytuł i wiążącą się z tym władzę. Clavell, a za nim twórcy obu seriali, przewrotnie jednak w centrum uwagi osadzają gaijina – obcego, który nie wie o Japonii absolutnie niczego i którego oczami widzowie obserwują rozwój wydarzeń. John Blackthorne zajmuje najwięcej czasu antenowego i mogłoby się wydawać, że to on, a nie Toranaga jest głównym bohaterem opowieści, ale to nie do końca prawda. To dość przewrotny zabieg, ale sprawdza się tu doskonale.

Pierwsze dwa odcinki skupiają się na tym, jak Blackthorne i kilkoro ocalałych z pokładu statku Erasmus Europejczyków, rozbija się u wybrzeży Japonii, a następnie jak są więzieni, a ich statek (i armaty!) ulegają konfiskacie przez lokalnych władców. Blackthorne jest zbawieniem dla Toranagi – jednego z pięciu członków rady regencyjnej sprawującej władzę w imieniu małoletniego następcy tronu. Oczywiście współpraca członków rady to tylko zasłona, bo dwoje z nich bardzo mocno rywalizuje o pełnię władzy.

Shogun - ojciec Alvito i Toda Mariko
Źródło: Disney+/FX

Na to wszystko nakłada się obecność katolickich Portugalczyków, którzy jako jedyni handlują z Japończykami i osiągają tu niezłe zyski. Są nawet gotowi z cienia ingerować w wewnętrzne sprawy nieświadomych tego Japończyków i właśnie ta wiedza pozwala Blackthorne’owi zyskać jakąś wartość w oczach Toranagi. Jak widać dzieje się tu sporo i w około 50-minutowe odcinki są wypełnione treścią. Nudzić się nie można, co najwyżej pogubić w ilości postaci, które pojawiają się na ekranie. Fabuła to największy atut serialu.

A minusy są?

Oczywiście. Nie zawiodłem się na Hiroyuki Sanadzie, bo to naprawdę solidny aktor. Wcielającego się w Blackthorna Cosmo Jarvisa wcześniej nie kojarzyłem, ale tu też w zasadzie nie ma do czego się przyczepić. Natomiast z pozostałymi aktorami jest już różnie. Są dobrzy, ale jest też kilkoro, którzy prezentują tak nielubianą przeze mnie dalekowschodnią przesadnią emocjonalność. Chociażby w scenie, gdy Toranaga jest obrażany i jednemu z jego samurajów puszczają nerwy. Drgające mięśnie, wrzaski… No nie. Nie kupuję tego. Mam też spore zastrzeżenia do wcielającego się w ojca Alvito Tommy’ego Bastowa. Jakoś nie pasuje mi do roli wyrachowanego jezuity. Jest chyba ciut za młody i ma zbyt chłopięcą prezencję, jak na mój gust.

Pomimo zachwalania fabuły i realizacji muszę też zwrócić uwagę na jedną rzecz, którą traktuje jak pewne ostrzeżenie. Drugi odcinek zaczyna się retrospekcją, której nie było w książkowym pierwowzorze. W tej scenie widzimy śmierć Taiko – poprzedniego cesarza – i to, jak powierza życie swojego następcy Toranadze, sugerując mu zdobycie tytułu shoguna. Mam wrażenie, że retrospekcje są ostatnio odrobinę nadużywanym środkiem wyrazu i troszkę ich nie lubię. Tym bardziej, że w książce tej sceny nie było. Toranaga wspomina tylko w rozmowie podobną sytuację, ale Clavell nie poświęcił jej ani jednej strony. Tymczasem tutaj z kilku słów zrobiono trwającą 15 minut scenę. Oby nie skończyło się tak, że serial zostanie rozwleczony na nie wiadomo ile sezonów.

Podobnie średnio podobają mi się drobne odstępstwa od pierwowzoru. W książce Anglik trafia do więzienia, gdzie zakonnik – ojciec Sebastio – uczy go podstaw japońskiego. W serialu tego nie ma, a duchowny jedynie opowiada o rywalizacji między Ishidą i Toranagą, co pewnie miało służyć jako ekspozycja dla widza. Niby nic, ale wolałbym, żeby raczej trzymali się książki. To generalnie dobrze wychodzi serialom na zdrowie… 😉

Shogun - generał Toda Hiromatsu z rodziną
Źródło: Disney+/FX

Podsumowując

Jest bardzo dobrze. Pomimo kilku niewielkich minusów, polubiłem bohaterów i – co najważniejsze – wciągnąłem się w historię. I to pomimo tego, że w zasadzie ją znam i w miarę dobrze pamiętam. Wiem, że Toranaga ucieknie z zamku w Osace już za tydzień i że Anglik – Anjin-san odwróci uwagę strażników udając szaleńca. Wiem, że niedługo będzie trzęsienie ziemi i John uratuje miecz Toranagi. I tak dalej… A jednak czekam na kolejny wtorek, bo realizacyjnie i przede wszystkim fabularnie naprawdę warto. Ja jestem na tak!

Shogun – sezon 1, odcinki 1 i 2 – recenzja
Tagi:            
Avatar photo

Paweł Śmiechowski

Fan dobrej fabuły, z naciskiem na twarde science-fiction. Miłośnik Star Treka i The Expanse, który nie pogardzi klasycznym polskim komiksem, np. Thorgalem. Prywatnie miłośnik melodyjnego rocka i bluesa, co uskutecznia na gitarze.