
Osobiście byłem mocno zdziwiony, gdy zobaczyłem pierwszy zwiastun Twisters. Ktoś wpadł na pomysł, że niemal po 30 latach zrobi sequel kultowego filmu katastroficznego o tornadach. Dlaczego kultowego? Bo był po prostu solidnie zrobiony. Twister wyreżyserował Jan De Bont – ten sam, który był odpowiedzialny za świetny Speed. Jeszcze lepiej jest w sferze scenariusza, w którym maczał swoje palce Michael Crichton – tak, to ten ten od Parku Jurajskiego. Dodajmy niezłą obsadę (z Billem Paxtonem i Helen Hunt na czele) oraz świetną realizacje i mamy doskonały film katastroficzny.
Trailery Twisters były bardzo obiecujące i faktycznie obiecywały dobre widowisko, co wpłynęło ostatecznie na moją decyzję, aby zainwestować nieco swojego czasu i wybrać się na ten film do kina. Tym bardziej, że bardzo lubię oryginalny film, do którego raz na jakiś czas wracam. Był to kolejny impuls, aby na seans się wybrać, bo byłem bardzo ciekaw, jak bardzo oba filmy są ze sobą powiązane.

Fabuła
Od razu uchylę rąbka tajemnicy – powiązań między Twisters a Twister jest niewiele i są raczej subtelne. Oba filmy głownie łączy tematyka, czyli tornada i ich łowcy. Natomiast do gry wchodzą całkowicie nowe postacie, a bohaterowie z pierwowzoru nie pojawiają się w ogóle w sequelu. Protagonistką tym razem jest Kate Cooper, którą poznajemy podczas próby sprawdzenia swojego studenckiego eksperymentu. Wraz z kolegami z uczelni próbują oczywiście złowić tornado, bo celem ich badań jest nowatorska metoda zlikwidowania tego niszczycielskiego zjawiska.
Niestety żywioł to niebezpieczny, o czym doskonale przekonali się młodzi naukowcy. Starcie z trąbą powietrzną z piątki studentów przeżywa tylko Kate (jako jedyna przetrwała spotkanie będąc w tornadzie) oraz Javi (nadzorował eksperyment z daleka z kompem na kolanach). To traumatyczne przeżycie spowodowało, że oboje odłożyli temat tornad na kolejne 5 lat. Kate przeniosła się do Nowego Jorku i zaczęła prace przy biurku w instytucie meteorologicznym. Po tym długim czasie odwiedza ją Javi i rekrutuje do nowego projektu naukowego dotyczącego lepszego zobrazowania tornad przy pomocy zminiaturyzowanych radarów wojskowych.
W ten sposób przechodzimy do głównej fabuły filmu, czyli gonienia za niszczycielskimi trąbami powietrznymi. Tutaj spotykamy, podobnie jak w pierwowzorze, konkurencyjną ekipę. Jednak tym razem rolę się odwróciły. Rywalami są szaleńcy z youtube’a z Tylerem Owensem jako ich gwiazdą, którzy na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie bardzo niepoukładanych, wręcz chaotycznych nieuków. Natomiast Javi i Kate mają mundurki, czyściutkie samochody skrojone z jednego szablonu. Czuć pieniądz i porządek. Co więcej, to oni są ci dobrzy, a „poskramiacze tornad” to ci źli. Oczywiście nie wszystko jednak jest takie, jakie wydaje się przy pierwszym kontakcie.
Można się domyślać, że te ekipy zaczynają ze sobą rywalizować, ale w ferworze akcji Twisters składy drużyn i współpraca między nimi mocno się zmieniają. Ogólnie tempo wydarzeń jest spore, jak to bywa w nowoczesnych filmach akcji. Nie brakuje też jednak czasu na nieco lepsze poznanie Kate i Tylera. Jednak co ważne, nie ma tutaj nachalnego wątku miłosnego, które często twórcy lubili w takich duetach namiętnie wrzucać. Za to jest sporo tornad i pościgów za nimi. Jest sporo rozwałki i latających w powietrzu różnych przedmiotów. Krótko mówiąc dzieje się dużo i, co najważniejsze, potrafi to wciągnąć widza.
Co ważne, podobnie jak w pierwowzorze, film świetnie pokazuje pasję ludzi zajmującymi się ściganiem trąb powietrznych. Przedstawieni sią wręcz jako społeczność nomadów, których jest to po prostu sposób na życie. Podobało mi się też, że nie mamy kalki tego, co widzieliśmy w Twisterze. Dostajemy tutaj nowoczesnych łowców – z nowymi metodami wykrywania, ścigania i dokumentowania tego nieokiełznanego i fascynującego żywiołu. Dla mnie jest to spory plus Twisters, który mocno wpływa no mój końcowy odbiór filmu.

Zalety
Oprócz całkiem wciągającej i ciekawej fabuły, Twisters ma jeszcze kilka innych plusów. Najważniejszy moim zdaniem jest aspekt wizualny. Poprzednik z 1996 roku był pod tym względem rewelacyjny i do teraz potrafi zachwycić i na szczęście sequel pod tym względem mu dorównuje. Co więcej, mam wrażenie że efektów specjalnych jest tutaj o wiele więcej. Są one miłe dla oka i oglądanie tego w kinie to nie lada gratka.
Co mi przypadło do gustu, to też strona dźwiękowa filmu. Z jednej strony świetnie oddane są wszelkie odgłosy związane z warunkami atmosferycznymi. Zwiększa to immersję podczas scen z niszczycielskim żywiołem, ale też był to fajny dodatek w scenach statycznych – lekki podmuch wiatru, szelest liści. Robi to robotę. Dodatkowo, mimo że nie jestem fanem gatunku, to świetnie pasowała tu muzyka country, którą namiętnie puszczał przez megafony Tyler w swoim pick-upie. Doskonale to pasowało do preriowych i farmerskich scenerii Oklahomy.
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wspomniał i nie pochwalił doboru parku motorowego z wielkimi amerykańskimi pick-upami na czele. Widać, że film sponsorował koncern Stelantis, a głównie jego amerykański oddział, bo rolę główną wśród pojazdów grają Dodge’e i wywodzące się z tej marki RAMy. Zatem Javi i jego ekipa ma do dyspozycji potwory w postaci Dodge’ów Durango oraz RAMa 1500 TRX. Natomiast Tyler jeździ potężnym RAMem 3500 Heavy Duty, zresztą w kolorze mocno nawiązującym do samochodu, którym jeździł Bill Paxton w Twisterze. Dla mnie to czysta uczta. 🙂

Wady
Zapewne domyślacie się, że Twisters nie jest filmem bez minusów i macie racje. Główną bolączką moim zdaniem są postacie drugoplanowe. Javi’emu brakuje moim zdaniem jakiejkolwiek charyzmy – po prostu jest, niewiele ma sam do zaoferowania. Cała ekipa jego naukowców w ogóle nie istnieje, zostali przedstawieni i tyle. Jego wkurzający przydupas jest wkurzającym przydupasem, którego masz jako widz nie lubić i go nie lubisz i również nic nie wnosi poza tym.
Nie lepiej jest z ekipą Tylera. Tutaj wprawdzie jest odrobinę lepiej postarane, ale tylko odrobinę. Głownie jego banda wyje i krzyczy. Mnie to wręcz irytowało, bo pierwsze 15 minut z nimi to w zasadzie samo wycie jak na jakimś rykowisku. Kto się w ogóle tak zachowuje? Nadal brakuje im jakiejkolwiek osobowości, ale sobie pokrzykują. Mają już jednak jakieś umiejętności, potrzebne głównym bohaterom, choć de facto w głównym wątku większość z nich i tak jest bezużyteczna. Jedynie co jeszcze ratuje całą tę grupę to brytyjski dziennikarz.
W pierwszym Twisterze postacie drugoplanowe wypadały zdecydowanie lepiej, a ciotka Meg czy Dustin (grany zresztą przez genialnego Philipa Seymoura Hoffmana) to już rewelacyjne kreacje. W tym przypadku Twisters wypada wręcz blado. Najlepszym potwierdzeniem mojej oceny jest fakt, że trójka przyjaciół Kate, która zginęła w pierwszych pięciu minutach filmu, lepiej była zarysowana i miała większą głębię niż jakakolwiek inna postać drugoplanowa w dalszej części filmu. Coś tu absolutnie nie zagrało.
Jest jeszcze jeden problem z bohaterami, a mianowicie sama postać Kate. Moim zdaniem jest niewiarygodna, bo przesadzono z jej wiekiem. Daisy Edgar-Jones w momencie kręcenia filmu miała 25 lat, na dodatek jej aparycja sprawia wrażenie jeszcze młodszej, co moim zdaniem nie jest w tym przypadku dobrym wyborem. Gra tutaj przecież specjalistkę od meteorologii z całkiem już sporym doświadczeniem. Policzmy to: poznajemy Kate w momencie przeprowadzania eksperymentu, zapewne dyplomowego lub zaraz po uzyskaniu dyplomu. Zatem już wówczas musiała mieć około 24 lat. Natomiast dalsza fabuła dzieje się pięć lat później, zatem główna bohaterka powinna mieć 30 lat.
Odwołując się znów do pierwowzoru, Helen Hunt była po 30tce grając w Twisterze i moim skromnym zdaniem była dużo bardziej wiarygodna jako ekspertka od tornad. Nie poprawia faktu zestawienie Kate z Tylerem, który jest jakieś 10 starszy od niej i tutaj już jestem w stanie uwierzyć, że koleś coś tam wie. Dysonans jest ogromny i mimo, że sama aktorka grała całkiem ok, to błąd moim zdaniem popełniono w castingu. Hollywoodzka moda na młodość osiąga już moim zdaniem apogeum.

Sequel?
Na pewno zwróciliście uwagę, że ciągle odnoszę się w tym tekście do pierwszego Twistera. Pytanie jest jednak czy słusznie. Cóż biorąc pod uwagę tytuł pewnie tak. Jednak, jak już wspomniałem wcześniej, sam film, oprócz tematu przewodniego, ma już niewiele wspólnego z pierwowzorem. Można jedynie znaleźć kilka smaczków. Najbardziej znaczącym jest DOROTHY, czyli ustrojstwo do badania tornad, który testowała Jo w Twisterze. Różnica jest taka, że tam była wersja IV, a tutaj mamy do czynienia z wersją V, która na dodatek była odpowiednio starym już sprzętem.
Poza tym nawiązania były już subtelniejsze – na przykład wspomniany już pickup Tylera, czy biała podkoszulka Kate, przpominająca tę noszoną przez Jo w filmie z 1996 roku. Nazwy pojazdów badawczych Javi’ego kontynuowały nazewnictwo z Czarnoksiężnika z Oz, bo nazywały się Lion (Lew), Tin Man (Blaszany drwal), Scarecrow (Strach na Wróble) i Wizard (Czarnoksiężnik).
Sami widzicie nie ma tego wiele, więc nazwałbym tego filmu za pełnoprawny sequel, bardziej traktowałbym to jako spinoff. Nie byłbym jednak na tyle odważny, aby stwierdzić, że jest to jedynie żerowanie na nostalgii i tytule. Bo nie ma tutaj typowych nostalgicznych zagrywek, a jest to na tyle związane tematycznie z filmem z 1996 roku, że umiejscowienie go w tym samym uniwersum jest dla mnie wręcz naturalne.

Podsumowanie
Czas na podsumowanie i ostateczną ocenie Twisters. W ogólnym rozrachunku uważam go za niezły film akcji tudzież katastroficzny. Historia z ekranu potrafiła mnie wciągnąć i zainteresować. Produkcja dobrze czerpie ze swojego dziedzictwa, ale też wprowadza dużo świeżości. Problemem są jednak postacie, które wydają się płytkie i niedopracowane – głównie jeśli chodzi o bohaterów na drugim planie. Trochę to dziwi, biorąc pod uwagę, że nad scenariuszem pracował Joseph Kosinski. Ostatecznie bawiłem się w kinie bardzo dobrze, a przecież o tym ostatecznie w tego typu filmach chodzi. Dla mnie na korzyść wpływa też to, że mamy tu do czynienia z filmem katastroficznym, których ostatnio rzadziej pojawiają się w mainstreamie, a nie będę ukrywał lubię ten gatunek. Krótko mówiąc: Twisters umiarkowanie polecam.
