
W końcu dostaliśmy serial, który miał pokazać nowe oblicze Obcego – Alien: Earth. Fani czekali na niego od lat, a my sprawdziliśmy, jak wypadają dwa pierwsze odcinki. Czy to wreszcie produkcja, która godnie rozbuduje uniwersum, czy tylko kolejny eksperyment?
Szacunek do źródła i klimat
Już od pierwszych minut widać, że twórcy starają się szanować materiał źródłowy. Jest klimat, są znajome echa filmów Ridleya Scotta i Jamesa Camerona, ale nie ma taniego kopiowania. To duży plus – szczególnie po ostatnich mieszanych doświadczeniach z kinowymi odsłonami serii. Atmosfera działa i faktycznie można poczuć, że obcujemy z częścią większej całości.
Fabuła – ciekawa, ale nierówna
Odcinki startują obiecująco, choć nie wszystko działa tak, jak byśmy chcieli. Z jednej strony mamy nowe pomysły i próby rozbudowania uniwersum, z drugiej – tempo akcji bywa nierówne, a niektóre rozwiązania bardziej rodzą pytania niż dają odpowiedzi. To sprawia, że seans jest interesujący.
Twórcy wprowadzają inne obce rasy, które teoretycznie powinny być realnym zagrożeniem. Na razie jednak dostajemy bardziej zajawkę niż faktyczne pokazanie ich natury. Nie do końca wiemy, jak funkcjonują, jak żerują i co tak naprawdę wniesie ich obecność do fabuły. To może być świetny trop, jeśli rozwiną go w kolejnych odcinkach.
Spore emocje budzi także Kenomorf. Z jednej strony fajnie, że próbowano wprowadzić coś świeżego, z drugiej – wykonanie pozostawia mieszane uczucia. Jest ładnie zrealizowany i nawet sporo go na ekranie. Ale nadal potrzebujemy odpowiedzi skąd się wziął i dlaczego.

Najbardziej charakterystycznym elementem jest jednak motyw Piotrusia Pana. Twórcy zdecydowali się na bardzo dosłowne odniesienia – mamy miasto-korporację Prodigy nazwane Neverland, postać Wendy, Lost Boys, a nawet dzieci (a raczej ich świadomości) umieszczone w dorosłych ciałach syntetyków. Tych nawiązań jest naprawdę sporo i można odnieść wrażenie, że są podane aż zbyt nachalnie. Zamiast subtelnych aluzji dostajemy cały zestaw tropów, które trudno przeoczyć – i to może sprawiać, że całość wydaje się mniej intrygująca, niż mogłaby być.
Do tego dochodzi nowa korporacja. W świecie Obcego wielkie firmy od zawsze były źródłem intryg i eksperymentów – Weyland-Yutani stało się wręcz ikoną gatunku. Dlatego wprowadzenie Prodigy rodzi pytanie: czy naprawdę była potrzeba tworzenia kolejnej siły o podobnych ambicjach? Na razie wygląda to jednak na trafiony pomysł.
Na koniec mamy temat hybryd. To element, który sam w sobie jest intrygujący i może otworzyć sporo ciekawych wątków. W pierwszych odcinkach dostajemy zajawkę tematu. Hybrydy pokazano jako coś ważnego, ale bez wyjaśnienia, jaką rolę odegrają. Na ten moment budzi to niemałą ciekawość.

Symbolika i smaczki
Alien: Earth stara się grać symboliką i ukrytymi znaczeniami – tytuły odcinków i drobne detale w scenografii budzą ciekawość i skłaniają do interpretacji. Dodatkowo, rockowe kawałki zamykające odcinki to pomysł nieoczywisty, ale zdecydowanie działający. No i pojawia się pytanie: skąd wzięła się nazwa Maginot? To takie smaczki, które sprawiają, że warto oglądać uważnie.
Podsumowanie – dobry start, ale…
Pierwsze dwa odcinki Alien: Earth dają nadzieję, że dostaniemy coś więcej niż odgrzewany kotlet. Jednocześnie jest tu kilka sygnałów ostrzegawczych – fabuła nie zawsze trzyma tempo, a część wątków wygląda bardziej jak teaser niż faktyczna historia. Mimo to, początek oceniamy na plus i z dużą ciekawością czekamy, dokąd ta historia nas zaprowadzi.
