
Stranger Things przez lata budowało swoją siłę na emocjach, relacjach między bohaterami i umiejętnym łączeniu przygody z horrorem. Finał piątego sezonu miał być kulminacją tej drogi. Niestety – zamiast satysfakcji, zostawia przede wszystkim rozczarowanie.
Największym problemem jest tempo. Z jednej strony wydarzenia pędzą na złamanie karku, z drugiej – odcinek jest zaskakująco przegadany. Bohaterowie mówią dużo, ale niewiele z tego wynika. Kluczowe momenty nie mają odpowiedniego ciężaru emocjonalnego.
Scenariusz bez kontroli
Historia pełna jest logicznych skrótów i dziur, które trudno zignorować. Motywacje bohaterów bywają nieczytelne, a część wątków sprawia wrażenie dorzuconych na siłę. W serialu, który zawsze stał chemią między postaciami, tutaj tej chemii niemal nie czuć.
Postacie na drugim planie
W finale wiele postaci pozostaje bez realnej funkcji. Są obecne na ekranie, ale nie mają wpływu na przebieg wydarzeń. To szczególnie boli w przypadku bohaterów, z którymi widzowie byli związani przez kilka sezonów.
I gdzie ta chemia między bohaterami? Dostajemy same ochłapy
Bezpieczny epilog
Epilog próbuje zagrać na nostalgii – i to akurat się udaje. Problem w tym, że jest to nostalgia bardzo zachowawcza, pozbawiona ryzyka i zaskoczenia. Po tak długiej drodze oczekiwaliśmy czegoś więcej.
Dlaczego warto obejrzeć naszą recenzję?
W naszym materiale wideo dokładniej omawiamy wszystkie problemy finału, porównujemy go do wcześniejszych sezonów i zastanawiamy się, gdzie Stranger Things zgubiło to, co kiedyś działało najlepiej. Jeśli finał również was rozczarował – zapraszamy do dyskusji.
