Star Trek: Strange New Worlds – „The Elysian Kingdom”. Bajkowy odcinek, który bardziej męczy niż zachwyca

Ósmy odcinek pierwszego sezonu Star Trek: Strange New Worlds pt. „The Elysian Kingdom” to jeden z tych epizodów, które w klasycznym Treku mogłyby po prostu „być”. Jako lekki, dziwny, zabawowy przerywnik w środku długiego, 26-odcinkowego sezonu. Problem polega na tym, że dziś taki komfort już nie istnieje. Gdy sezon ma zaledwie 10 epizodów, każdy odcinek musi pracować mocniej. I właśnie tutaj Strange New Worlds zaczyna się potykać.

https://youtu.be/nQwAUEcv5eA

Bo „The Elysian Kingdom” wygląda trochę jak serialowy dzień dziecka dla aktorów. Mgławica robi swoje, załoga Enterprise zamienia się w postacie z bajki, wszyscy mogą się przebrać, pobawić tonem i pograć coś zupełnie innego niż zwykle. I to naprawdę widać – aktorzy mają tu sporo frajdy.

Tylko że widz niekoniecznie bawi się równie dobrze.

To jeszcze nie Discovery, ale…

W naszej recenzji mówimy to wprost: to jeszcze nie jest poziom Star Trek: Discovery, ale odcinek jest po prostu dziwny w nie najlepszym sensie. Nie dlatego, że sam pomysł „załoga trafia w dziwaczną sytuację” jest zły. Star Trek robił to mnóstwo razy. Problem w tym, że tutaj wszystko sprawia wrażenie bardzo odtwórczego.

Mgławica, niematerialna istota, załoga w bajkowych rolach, dziwna zabawa rzeczywistością – to nie jest świeży pomysł. I właśnie dlatego ten epizod wygląda bardziej jak odhaczanie kolejnego klasycznego motywu niż jak prawdziwy, nowy kierunek dla Strange New Worlds.

Wątek córki Mbengi miał potencjał

Największy żal mamy chyba do tego, jak rozwiązano wątek córki doktora Mbengi. To był motyw, który naprawdę dało się prowadzić dłużej i ciekawiej. Mógł być emocjonalnym kręgosłupem sezonu, ważną motywacją dla bohatera, czymś, co rozwijałoby się przez kilka odcinków i miało konkretny ciężar.

Tymczasem w „The Elysian Kingdom” wszystko zostaje rozwiązane dość szybko i bardzo wygodnie. Zamiast mocnego, emocjonalnego payoffu dostajemy skrót. Taki scenariuszowy „deus ex machina”, który domyka temat, ale nie zostawia po sobie większego wrażenia.

Aktorzy się bawią, ale serial stoi w miejscu

To zresztą największy problem tego epizodu. On istnieje trochę po to, żeby aktorzy mogli się wyszaleć. Pike jako bajkowy bohater, Singh w zupełnie innym wydaniu, reszta załogi wyrwana z własnych ról – to wszystko może działać na poziomie pojedynczych scen. Ale czy wnosi coś większego do serialu? Tu już mamy spore wątpliwości.

I to właśnie najmocniej wybrzmiewa w naszej rozmowie: Strange New Worlds wciąż stoi w rozkroku. Chce być czymś nowym, ale ciągle ciągnie go w stronę dobrze znanych trekowych zagrywek. Tyle że nie zawsze wystarczy samo nawiązanie. Potrzebny jest jeszcze sens, emocje i coś, co sprawi, że widz powie: „okej, było warto”.

Pełna recenzja w naszym materiale wideo

W naszej recenzji na YouTube rozmawiamy szerzej o tym, dlaczego „The Elysian Kingdom” tak średnio nam siadł. Omawiamy mgławicę, bajkowe role, problem krótkiego sezonu, wątek córki Mbengi i to, czemu ten epizod jest dla nas bardziej kandydatem do dołu sezonowego rankingu niż do grona odcinków, do których chce się wracać.

Jeśli chcecie zobaczyć pełną analizę i sprawdzić, gdzie dokładnie ten odcinek nam się rozjechał, koniecznie odpalcie naszą recenzję na kanale Geekosfera.

https://youtu.be/nQwAUEcv5eA

Dajcie znać: dla Was „The Elysian Kingdom” to jeszcze sympatyczny eksperyment, czy już niepotrzebny trekowy przerywnik?

Star Trek: Strange New Worlds – „The Elysian Kingdom”. Bajkowy odcinek, który bardziej męczy niż zachwyca
Tagi: