Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka

W ramach naszego cyklu na 60-lecie Star Treka wracamy do filmu, który przez lata trochę żył w cieniu swojego poprzednika. „Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka” nie ma tej samej siły uderzenia co Gniew Khana. Jjednocześnie jest znacznie ciekawszy, niż sugeruje jego opinia jako „tej słabszej, nieparzystej części”. To film, który nie próbuje ścigać się z dwójką na ten sam rodzaj emocji. Zamiast tego bierze konsekwencje tamtej historii i buduje z nich własną, bardziej kameralną, ale nadal bardzo trekową opowieść.

https://youtu.be/cN4wguuruzY

Film, który zaczyna się od straty

Najciekawsze w W poszukiwaniu Spocka jest to, że ten film od początku działa na emocjonalnym długu wobec poprzedniej części. Spock nie żyje, McCoy zaczyna zachowywać się coraz dziwniej, Kirk nie bardzo potrafi odnaleźć się po tym, co się wydarzyło. Sam Enterprise wraca na Ziemię bardziej jako symbol końca pewnej epoki niż zwycięski okręt. To nie jest dynamiczne otwarcie w stylu wielkiej przygody. To bardziej moment zawieszenia, w którym bohaterowie jeszcze nie do końca wiedzą, co dalej.

I właśnie wtedy pojawia się Sarek oraz cała wulkańska perspektywa związana z katrą. To ważny element, bo film nie opiera się tylko na prostym haśle „odzyskajmy Spocka”. Pokazuje też, że w tej historii chodzi o coś więcej niż fizyczny powrót bohatera. W grę wchodzą kultura Wulkanu, duchowy wymiar tej postaci i świadomość, że wcześniejsza ofiara nie została jeszcze naprawdę domknięta.

Kradzież Enterprise to wciąż jedna z najlepszych atrakcji filmu

Największą frajdę daje tutaj środkowa część filmu, kiedy Kirk i spółka postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. I to dosłownie. Motyw kradzieży Enterprise dalej ogląda się świetnie, bo ma w sobie coś z klasycznego heistu, tylko przeniesionego do świata Star Treka. Każdy z bohaterów ma tu swoją małą rolę do odegrania, a całość daje poczucie, że oglądamy ekipę, która działa razem nie dlatego, że scenariusz tego potrzebuje, ale dlatego, że naprawdę wierzy w to, co robi.

To właśnie w takich momentach film przypomina, jak mocna była załoga klasycznego Enterprise. Relacje między tymi postaciami niosą tę historię bardziej niż sama intryga. I nawet jeśli stawka wydaje się mniejsza niż w Gniewie Khana, to emocjonalnie wszystko działa bardzo dobrze, bo wiemy, że bohaterowie ryzykują naprawdę dużo.

Christopher Lloyd, Klingoni i klimat przejścia

Christopher Lloyd jako klingoński antagonista nie jest może przeciwnikiem tak wyrazistym jak Khan, ale wnosi do filmu własną energię. To jeszcze nie są Klingoni w pełni ukształtowani przez późniejsze seriale i filmy, ale widać już wyraźnie, że franczyza zaczyna budować pod nich mocniejszy fundament. W poszukiwaniu Spocka jest pod tym względem filmem przejściowym – trochę jeszcze szuka ostatecznego kształtu niektórych elementów uniwersum, ale jednocześnie dokłada ważne cegiełki do tego, co później stanie się trekową klasyką.

Widać to również w samym Bird-of-Prey, który robi bardzo dobre wrażenie i od razu staje się jednym z tych projektów, które zapadają w pamięć. Tak samo jak sama decyzja o zniszczeniu Enterprise – scena, która do dziś ma ciężar, bo symbolicznie odcina pewien rozdział w historii załogi.

Finał na Wolkanie trochę osłabia tempo

Największy problem filmu pojawia się dla nas pod koniec. Sekwencja na Wolkanie ma oczywiście sens fabularny i emocjonalny, ale trwa odrobinę za długo i wyraźnie spowalnia film tuż przed finałem. Da się wyczuć, że Leonard Nimoy jako reżyser bardzo mocno wszedł w wulkański klimat i chciał ten element wybrzmieć najmocniej jak się da. Tyle że przez to końcówka trochę traci wcześniejszy rytm.

Nie psuje to jednak całego filmu. Bardziej sprawia, że Star Trek III zostawia po sobie wrażenie produkcji nierównej, ale jednocześnie bardzo ważnej. To nie jest Trek oparty na czystej akcji ani na wielkim pojedynku z charyzmatycznym złoczyńcą. To bardziej opowieść o lojalności, stracie i o tym, że przywrócenie jednego bohatera do życia może kosztować znacznie więcej, niż początkowo się wydaje.

Dlaczego warto wrócić do „W poszukiwaniu Spocka”?

Bo to wcale nie jest tylko film „pomiędzy” dwójką a czwórką. Jasne, bez kontekstu całej trekowej trylogii może wydawać się mniej efektowny. Ale kiedy patrzy się na niego jako na środkowy rozdział większej opowieści, zaczyna działać dużo lepiej. To kawał porządnego klasycznego Star Treka, z dobrą ekipą bohaterów, ważnymi konsekwencjami i kilkoma scenami, które naprawdę zostają w głowie.

W naszej recenzji na YouTube szerzej omawiamy, co dziś w tym filmie nadal działa, gdzie widać ograniczenia budżetu i dlaczego mimo wszystko „Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka” zasługuje na więcej sympatii, niż zwykle mu się daje. Jeśli też wracacie do klasycznych filmów z okazji 60-lecia franczyzy, to ten tytuł zdecydowanie warto mieć na radarze.

https://youtu.be/cN4wguuruzY
Star Trek III: W poszukiwaniu Spocka
Tagi: