
W naszym trekowym maratonie z okazji 60-lecia serii przyszła pora na film, który do dziś potrafi zaskoczyć samym punktem wyjścia. Bo umówmy się: kiedy słyszycie, że po zniszczeniu Enterprise, po całym dramatycznym zamieszaniu wokół Spocka i po kolejnych kosmicznych problemach bohaterowie mają uratować przyszłość dzięki podróży w czasie i… wielorybom. Brzmi to raczej jak żart niż przepis na jeden z najbardziej lubianych filmów z klasycznej ery Star Treka. A jednak Star Trek IV: Powrót na Ziemię działa zaskakująco dobrze.
Film, który nie powinien działać, a działa znakomicie
To jest właśnie największa siła tej części. Na papierze wszystko wygląda podejrzanie. Jest sonda zagrażająca Ziemi, jest wyprawa do San Francisco lat 80. Jest też załoga, która musi odnaleźć humbaki i przy okazji odnaleźć się w realiach zupełnie innej epoki. Gdyby ktoś opowiedział to w dwóch zdaniach, łatwo byłoby uznać, że to zbyt dziwny skręt nawet jak na Star Treka. Tyle że ten film ma w sobie lekkość, wdzięk i bardzo konkretny pomysł na siebie.
Nie próbuje być większy, mroczniejszy i bardziej monumentalny za wszelką cenę. Zamiast tego stawia na przygodę, humor, świetnie znaną ekipę i bardzo przyjemny rytm opowieści. Dzięki temu ogląda się go naprawdę gładko, nawet dziś. I właśnie o tym szerzej mówimy w naszej recenzji na kanale, bo to jest jeden z tych przypadków, kiedy sam opis fabuły nie oddaje, dlaczego całość tak dobrze „siada”.
Najbardziej ludzka i najcieplejsza odsłona klasycznej załogi
Star Trek IV: Powrót na Ziemię ma jeszcze jedną ogromną zaletę: ten film po prostu lubi swoją ekipę. Kirk, Spock, McCoy, Scotty, Checkov i reszta załogi są tutaj w swoim żywiole, a jednocześnie wrzuceni zostają w sytuacje, które pozwalają wyciągnąć z nich sporo komediowego złota. To nie jest humor zrobiony na siłę. To raczej wynik zderzenia tych postaci z rzeczywistością, do której kompletnie nie pasują, a jednak próbują się w niej odnaleźć. I właśnie dlatego tyle scen z tego filmu zostało z fanami na lata.
W naszej recenzji sporo miejsca poświęcamy też temu, jak dobrze działa tutaj Leonard Nimoy po stronie reżyserskiej. Czuć, że ten film miał być lżejszy, bardziej otwarty i bardziej przyjazny także dla widza, który nie zna całego bagażu seriali i poprzednich filmów. To jeden z powodów, dla których Star Trek IV do dziś jest tak często polecany jako świetny punkt wejścia do tej serii.
Star Trek z ekologicznym sercem
Jest tu też coś więcej niż tylko zabawa. Pod całą tą przygodowo-komediową warstwą siedzi wyraźny ekologiczny temat, który nie wali widza obuchem po głowie, ale zostaje z nim na dłużej. To jedna z tych rzeczy, które sprawiają, że film ma swoje własne miejsce w historii marki. Nie dlatego, że jest najbardziej widowiskowy, ale dlatego, że potrafił połączyć trekowe idee z bardzo prostą, przystępną i zwyczajnie sympatyczną formą.
Jeżeli więc wracacie do klasycznych filmów z załogą Kirka albo dopiero sprawdzacie, o co tyle szumu z tą częścią, to zdecydowanie warto dać jej szansę. A potem wpaść do nas na materiał, bo tam rozkładamy Star Trek IV: Powrót na Ziemię. Robimy to dokładnie tak, jak lubimy najbardziej – z humorem, z trekowym serduchem i z pełną świadomością, że to film dziwny, momentami wręcz absurdalny, ale przez to jeszcze bardziej urokliwy.
