Wojna światów: Następne stulecie – polskie science fiction, które dziś działa mocniej, niż powinno

Są takie filmy, które ogląda się z ciekawości. Są też takie, które odpala się z myślą: „dobra, zobaczymy ten dziwny tytuł i najwyżej będzie z tego zabawna recenzja”. I właśnie z takim nastawieniem podeszliśmy do filmu „Wojna światów: Następne stulecie”. Materiał powstał dzięki Markowi, który postawił nam kawę i podrzucił ten film jako kolejny „kawowy” wybór. Efekt? Zamiast szybkiego seansu dostaliśmy jedno z bardziej zaskakujących spotkań z polskim science fiction, jakie można sobie wyobrazić.

To nie jest film, który próbuje być efektowny w hollywoodzkim sensie. Nie bierze widza za rękę, nie tłumaczy wszystkiego krok po kroku i nie podaje interpretacji na tacy. Wręcz przeciwnie – od pierwszych minut wrzuca nas w świat dziwny, sztuczny, momentami wręcz odrealniony. Dialogi są celowo nienaturalne, sceny mają w sobie coś teatralnego, a całość działa jak niepokojący spektakl o człowieku mielonym przez system. I właśnie w tym tkwi jego siła.

Dlaczego ten film wciąż robi takie wrażenie?

Najmocniej uderza to, jak bardzo „Wojna światów: Następne stulecie” pozostaje aktualna. To opowieść o mediach, manipulacji, odczłowieczeniu i świecie, w którym człowiek bardzo szybko przestaje mieć znaczenie jako jednostka. Kiedy patrzy się dziś na część współczesnej telewizji, medialne spektakle, naprawdę trudno nie poczuć, że Szulkin zobaczył coś dużo wcześniej niż inni.

Ten film działa też świetnie jako obraz systemu totalitarnego. I to nie tylko w kontekście PRL-u, choć ten trop oczywiście wraca bardzo mocno, ale szerzej: jako opowieść o mechanizmie, który łamie ludzi, odbiera im sprawczość i przerabia wszystko na kolejną inscenizację. Właśnie dlatego ten tytuł nie starzeje się tak, jak mogłoby się wydawać po samym roku produkcji.

Roman Wilhelmi i obsada, która robi ogromną robotę

W centrum tego wszystkiego stoi Roman Wilhelmi i trzeba to powiedzieć wprost: on w tym filmie jest kapitalny. Gra bohatera zagubionego, wciągniętego w machinę, której do końca nie rozumie, a jednocześnie coraz bardziej świadomego, że wszystko wokół jest jednym wielkim spektaklem. To nie jest kreacja „efektowna” w prosty sposób. To rola, która pracuje napięciem, niepewnością i poczuciem osaczenia.

Do tego dochodzi obsada, od której naprawdę można dostać zawrotu głowy: Krystyna Janda, Jerzy Stuhr, Janusz Gajos, Zbigniew Buczkowski, a nawet Stanisław Tym i inni aktorzy, którzy w takim projekcie robią ogromne wrażenie. To jeden z tych przypadków, kiedy aktorstwo nie tylko podnosi materiał, ale wręcz cementuje jego dziwny, niepokojący klimat.

Dlaczego warto obejrzeć naszą recenzję?

W naszej recenzji rozkładamy ten film na czynniki pierwsze, ale nie po to, żeby go „wyjaśnić” raz na zawsze. Bardziej po to, żeby pokazać, jak wiele tu siedzi pod powierzchnią: od symboliki, przez kontekst historyczny, po samą konstrukcję scen i dialogów. To materiał o filmie, który z pozoru może wyglądać jak dziwna ciekawostka z PRL-u, a po chwili okazuje się czymś znacznie cięższym, mądrzejszym i bardziej aktualnym.

Jeżeli więc lubicie science fiction, polskie kino, dystopię albo po prostu chcecie zobaczyć, jak bardzo nieoczywista potrafi być rodzima fantastyka, to Wojna Światów to film, któremu warto dać temu tytułowi szansę. A potem wpaść do naszej recenzji i sprawdzić, dlaczego ten seans tak mocno nam siadł.

https://youtu.be/lW3Xf-4jieg
Wojna światów: Następne stulecie – polskie science fiction, które dziś działa mocniej, niż powinno
Tagi: