
Są takie filmy, które z miejsca uruchamiają sentyment. Wystarczy kilka sekund, jeden motyw muzyczny, jeden kadr i człowiek od razu wraca do konkretnych czasów. Mortal Kombat z 1995 roku zdecydowanie należy do tej kategorii. Dla wielu widzów to nie tylko film na podstawie gry, ale też kawałek bardzo konkretnej popkulturowej epoki – czasów automatów, Amigi, rozpisanych na kartce fatality i zachwytu nad wszystkim, co miało choć odrobinę „growego” klimatu.
W nowym materiale na kanale Geekosfera wracamy właśnie do tej produkcji i sprawdzamy, czy po latach ten film nadal daje radę. I co ciekawe – odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać. Bo z jednej strony mamy tu kino bardzo mocno zakorzenione w latach 90., z prostą fabułą, momentami kampowym klimatem i efektami specjalnymi, które nie zawsze zestarzały się równie dobrze. Z drugiej jednak strony jest tu też coś, co sprawia, że Mortal Kombat nie rozsypuje się przy ponownym seansie.
Dlaczego ten film działa lepiej, niż mógłby?
Jednym z najciekawszych tematów w naszej recenzji jest to, że twórcy nie próbowali udawać, że robią wielkie, przełomowe kino z ogromnie rozbudowaną historią. Zamiast tego postawili na prosty i czytelny fundament: jest turniej, są wojownicy, jest stawka i są widowiskowe starcia. Tyle. I właśnie w tym tkwi siła tej ekranizacji. Mortal Kombat (1995) dobrze rozumie materiał, z którego wyrasta. Wie, że ludzie przyszli tu dla postaci, pojedynków, klimatu i smaczków z gry, a nie dla pseudogłębokiej fabuły, która przykryje wszystko, co w tej marce najważniejsze.
W materiale rozmawiamy też o bohaterach i castingu. Sporo dobrego można powiedzieć o Johnnym Cage’u, sporo o Liu Kangu, ale osobną kategorią jest oczywiście Christopher Lambert jako Raiden. To jedna z tych ról, które być może nie są książkowo wierne, ale mają w sobie taką charyzmę, że po prostu zostają w pamięci. Do tego dochodzi świetny soundtrack, który praktycznie z automatu odpala cały pakiet nostalgii.
Nie wszystko zestarzało się idealnie
Nie znaczy to jednak, że w naszej recenzji tylko ten film głaszczemy po głowie. Wręcz przeciwnie – zwracamy uwagę na rzeczy, które dziś zgrzytają wyraźniej. Największym problemem pozostaje dla nas decyzja, żeby zrobić film w łagodniejszym ratingu. Jak na markę, która słynęła z brutalności, fatality i bezczelnego epatowania przemocą, PG-13 jest tu po prostu odczuwalnym ograniczeniem. Da się to oglądać, ale jednocześnie cały czas z tyłu głowy siedzi myśl, że ten film mógłby kopać jeszcze mocniej.
Podobnie jest z efektami specjalnymi. Część z nich nadal daje radę, zwłaszcza tam, gdzie postawiono na bardziej fizyczne rozwiązania, jak choćby Goro. Za to w innych miejscach komputerowe efekty bardzo wyraźnie zdradzają swój wiek. I właśnie ten kontrast jest dziś bardzo widoczny.
To dobry start na tydzień Mortal Kombat
W recenzji nie robimy z Mortal Kombat z 1995 roku arcydzieła. To nie jest ten przypadek. Ale jednocześnie trudno odmówić temu filmowi energii, charakteru i zwykłej, uczciwej rozrywki. To ekranizacja, która nie udaje czegoś, czym nie jest. I może właśnie dlatego nadal ogląda się ją zaskakująco dobrze.
Jeśli chcecie zobaczyć, jak dziś patrzymy na ten film, co w nim nadal działa, gdzie wchodzi sentyment, a gdzie zwyczajnie trzeba oddać mu zasłużony szacunek – zapraszamy do obejrzenia naszej recenzji na YouTube.
To dopiero początek naszego tygodnia Mortal Kombat, więc jeśli jesteście fanami tej serii, warto zostać z nami na dłużej.
