
Są takie sequele, które nie dorastają do poprzednika. Są też takie, które próbują zrobić wszystko większe, głośniejsze i bardziej efektowne, a przy okazji gubią po drodze sens. I jest jeszcze „Mortal Kombat 2: Unicestwienie” …
Pierwszy Mortal Kombat z 1995 roku nie był arcydziełem, ale miał energię, miał klimat lat 90., miał kultowy soundtrack i przede wszystkim wiedział, czym chce być. To była prosta, bezpośrednia ekranizacja gry o mordobiciu, która nie udawała wielkiego kina, ale potrafiła dostarczyć rozrywkę. „Mortal Kombat 2: Unicestwienie” bierze ten punkt wyjścia i robi dokładnie to, czego robić nie wolno. Mianowicie: dokłada chaos, podmienia twarze, napycha fabułę postaciami i jeszcze próbuje wmówić widzowi, że wszystko jest pod kontrolą.
Więcej nie zawsze znaczy lepiej
To chyba najbardziej fascynujący element tego filmu. W teorii sequel dostał więcej pieniędzy i mógł rozwinąć to, co działało wcześniej. W praktyce wygląda to tak, jakby ktoś usłyszał zasadę „więcej, dalej, mocniej”, ale zrozumiał ją jako „wrzućmy wszystko naraz i zobaczymy, co się stanie”. Efekt jest taki, że kolejne postacie pojawiają się i znikają. Wątki rodzinne wpadają do filmu z siłą rozpędzonej ciężarówki. Natomiast dialogi momentami brzmią tak, jakby powstały na pięć minut przed wejściem kamery.
Problem polega na tym, że to nie jest ten rodzaj złego kina, który z czasem zyskuje wdzięk. To nie jest sympatyczna katastrofa, z której można się śmiać i jednocześnie trochę ją pokochać. Tu częściej pojawia się inne uczucie: szczere zdumienie, że naprawdę ktoś uznał ten scenariusz za gotowy do realizacji. I właśnie o tym rozmawiamy w naszym nowym materiale – nie tylko o tym, co tu nie działa, ale też dlaczego ten film tak mocno odcina się od całkiem przyzwoitej jedynki.
Efekty, obsada i chaos, który pożera wszystko
Jednym z najbardziej bolesnych elementów Mortal Kombat 2 jest to, jak bardzo widać jego rozpad niemal w każdej scenie. Recasting, który od początku wybija z rytmu. Efekty specjalne, które zamiast robić wrażenie, każą się zastanawiać, jak to możliwe, że dwa lata po pierwszym filmie i przy większym budżecie wyszło to aż tak źle. Walki, które powinny być sercem tej produkcji, a tutaj też nie dają rady uratować całości. To wszystko składa się na film, który nie potrafi obronić się ani jako widowisko, ani jako kampowa zabawa.
Najgorsze jest chyba to, że Mortal Kombat jako marka aż prosił się o sequel prosty, brutalny i świadomy swojej konwencji. Zamiast tego dostaliśmy film, który jednocześnie chce być większy, bardziej epicki, bardziej „lore’owy” i bardziej widowiskowy, a w rezultacie staje się tylko bardziej męczący. To właśnie ten typ produkcji, przy którym widz nie myśli: „jakie to głupie, ale fajne”, tylko raczej: „jak to się w ogóle wydarzyło?”.
Dlaczego warto obejrzeć naszą recenzję?
Bo w materiale na YouTube rozkładamy ten spektakularny bałagan na czynniki pierwsze i robimy to dokładnie tak, jak lubimy najbardziej – z humorem, z nostalgią do epoki i z pełną świadomością, że czasem popkultura potrafi dostarczyć rzeczy niemal niewiarygodnych. „Mortal Kombat 2: Unicestwienie” jest właśnie takim przypadkiem: filmem, który warto znać nie dlatego, że jest dobry, ale dlatego, że stał się przykładem, jak bardzo można przestrzelić sequel.
Jeżeli więc pamiętacie ten tytuł z dawnych lat albo po prostu chcecie zobaczyć, jak wygląda ekranowa katastrofa z lat 90., zapraszamy do naszej recenzji w Geekosferze. Tam wchodzimy już na pełnej i bez litości tłumaczymy, dlaczego ten film bardziej zasługuje na symboliczne zakopanie na pustyni niż na sentymentalny powrót.
