Mortal Kombat (2021) – Recenzja

Po tym, co seria filmowa przeszła w latach 90., powrót Mortal Kombat na duży ekran nie budził wyłącznie ekscytacji. Raczej ostrożność. I to taką solidną. Bo po Unicestwieniu trudno było zakładać, że ta marka jeszcze wróci w naprawdę sensownej formie. A jednak film z 2021 roku zrobił jedną bardzo ważną rzecz: nie próbował udawać kina mądrzejszego, niż powinien. Zamiast tego poszedł w klimat, widowisko, krew i grową energię. I właśnie dlatego ten reboot w wielu momentach po prostu działa.

Najlepiej widać to już na początku. Otwarcie osadzone w feudalnej Japonii naprawdę robi wrażenie. Jest klimat, jest napięcie, jest dobrze podana brutalność i jest poczucie, że twórcy chcieli zacząć z przytupem, a nie od przypadkowej ekspozycji. To nie jest tylko obowiązkowy prolog pod większą historię. To jest fragment, który od razu ustawia ton filmu i daje widzowi sygnał, że tym razem ktoś nad tym wszystkim jednak panował.

Reboot, który nie udaje czegoś, czym nie jest

To nadal nie jest film, który aspiruje do bycia wielkim, przełomowym widowiskiem science fiction czy fantasy. I dobrze. Mortal Kombat (2021) najlepiej działa właśnie wtedy, gdy pamięta, że ma być efektownym, krwawym kinem akcji opartym na marce, którą ludzie kojarzą głównie z brutalnymi pojedynkami, charakterystycznymi postaciami i konkretnym klimatem. Tu nie potrzeba filozofii na trzy poziomy głębokości. Tu potrzeba dobrej energii, kilku wyrazistych bohaterów i walk, które dają satysfakcję. W naszym materiale mówimy o tym szerzej, bo ten balans między prostotą a frajdą jest jedną z ważniejszych rzeczy w całym filmie.

Ciekawie wypada też pomysł z Collem. To właśnie on był dla wielu widzów najbardziej dyskusyjnym elementem tej wersji. Nowa postać, spoza gier, wrzucona do bardzo rozpoznawalnego świata, to zawsze ryzykowny ruch. Ale z drugiej strony taki bohater pełni bardzo konkretną funkcję. Pozwala wejść w ten świat z perspektywy kogoś, kto nie zna wszystkich reguł i musi je dopiero zrozumieć. Dzięki temu film ma prostszy punkt zaczepienia dla widza i nie od razu zasypuje go samymi ikonami serii.

Co w tym Mortal Kombat naprawdę się udało?

W naszym odcinku sporo miejsca poświęcamy też temu, że reboot z 2021 roku ma kilka naprawdę dobrych decyzji. Jedną z nich jest pomysł z arkanami, który w całkiem sprytny sposób tłumaczy, skąd biorą się zdolności poszczególnych postaci. To drobiazg, ale ważny, bo nadaje temu światu trochę więcej wewnętrznej logiki. Drugą rzeczą jest obsada i energia między bohaterami. Kano kradnie tu mnóstwo scen, Raiden wypada bardzo solidnie, a starcie Scorpiona z Sub-Zero niesie ten ciężar, którego od takiej marki po prostu się oczekuje.

Nie znaczy to oczywiście, że film jest bez wad. Największa z nich jest dość oczywista: to w sporej mierze Mortal Kombat bez właściwego turnieju. I właśnie ten brak dla części widzów będzie największym zgrzytem. Bo niby wszystko prowadzi do wielkiej konfrontacji, a jednocześnie film kończy się w momencie, w którym człowiek czuje, że teraz dopiero powinno zacząć się to najważniejsze. I to jest temat, który też mocno przewija się w naszej recenzji.

Dlaczego warto obejrzeć naszą recenzję?

Bo ten film jest dokładnie z tych tytułów, o których najlepiej się rozmawia wtedy, gdy samemu też czuje się ten lekki konflikt: z jednej strony wiadomo, że to rzecz prosta, momentami głupia i nastawiona na widowisko, ale z drugiej – bardzo trudno odmówić jej sprawności. To nie jest wstydliwy reboot, który trzeba tłumaczyć na siłę. To jest film, który ma swoje problemy, ale jednocześnie potrafi dać sporo czystej frajdy.

Jeśli więc chcecie sprawdzić, dlaczego ten Mortal Kombat wypadł lepiej, niż wiele osób mogło się spodziewać, i gdzie dokładnie ten reboot wygrywa, a gdzie jednak zaczyna zgrzytać, to zapraszamy do naszej wideorecenzji na kanale Geekosfera.

Mortal Kombat (2021) – Recenzja
Tagi:        
Avatar photo

Łukasz "Wookie" Ludwiczak

Uzależniony od planszówek i science-fiction wszelakiego. Często godzący oba nałogi na raz. Moja wielka piątka to Star Trek, Firefly, Expanse, Battlestar Galactica i Diuna. Na planszy interesują mnie cięższe klimaty a moim numerem jeden jest Eclipse. Członek Stowarzyszenia Klub Fantastyki Druga Era, zapalony kibic Formuły 1.