
Po siedmiu latach przerwy Star Wars znowu trafiły na wielki ekran. Sam ten fakt brzmi jak wydarzenie, które powinno rozpalić fanów do czerwoności. Problem w tym, że Mandalorian i Grogu nie daje poczucia wielkiego kinowego powrotu. To raczej produkcja, która wygląda jak rozwleczony, bezpieczny i bardzo zachowawczy odcinek serialu przeniesiony do kina.
W naszej najnowszej recenzji rozmawiamy o tym, dlaczego ten film tak szybko traci impet. Na papierze wszystko powinno się zgadzać: rozpoznawalni bohaterowie, popularny duet Mandalorianin i Grogu, trochę akcji, trochę nostalgii, trochę fanserwisu i cała marka Star Wars za plecami. A mimo to trudno pozbyć się wrażenia, że oglądamy projekt odhaczony według korporacyjnej checklisty, a nie historię, która naprawdę chce czymś widza porwać.
Film, który bardziej przypomina serial niż kinowe widowisko
Największy problem Mandalorian i Grogu polega na tym, że ten film zwyczajnie nie czuje się filmem. Nie ma tu odpowiedniej skali emocjonalnej, nie ma mocnego rozwoju postaci, nie ma nawet szczególnie satysfakcjonującej drogi fabularnej. Zamiast tego dostajemy kolejne etapy questa, pościgi, walki i sceny, które mają sprawiać wrażenie wielkiej przygody, ale ostatecznie nie zostawiają po sobie większego śladu.
Właśnie o tym szerzej gadamy w naszym materiale wideo. Z jednej strony da się tu znaleźć kilka elementów, które działają – muzyka robi robotę, część akcji daje radę, a sam klimat uniwersum chwilami jeszcze się przebija. Z drugiej jednak strony wszystko jest zaskakująco przewidywalne, lokacje bywają generyczne, a stawka historii nie robi takiego wrażenia, jak powinna przy kinowym powrocie Gwiezdnych Wojen.
Star Wars bez prawdziwej mocy?
Najbardziej boli chyba to, że ten seans nie jest ani spektakularną klapą, ani czymś naprawdę udanym. To nie jest film, z którego będzie można się po latach śmiać, ale też nie jest to produkcja, do której będzie się chciało wracać z ekscytacją. To po prostu bardzo bezpieczny środek. Taki, który nikogo mocno nie zachwyci, ale też nie wywoła wielkiego szoku. A dla takiej marki jak Star Wars to w gruncie rzeczy bardzo zła wiadomość.
W naszej recenzji rozkładamy to na czynniki pierwsze: od konstrukcji fabuły, przez sposób prowadzenia Mandalorianina, aż po decyzje scenariuszowe i to, jak bardzo film opiera się na znajomości wcześniejszych seriali i animacji. Bo tu pojawia się też ważne pytanie: czy kinowy film z tego uniwersum powinien wymagać od widza odrobienia tylu „zadań domowych”, żeby część rzeczy w ogóle miała większy sens?
Nasza recenzja Mandalorian i Grogu już na kanale
Jeżeli chcecie sprawdzić, dlaczego u nas ten seans zostawił bardziej poczucie miałkości niż ekscytacji, koniecznie odpalcie naszą recenzję na YouTubie. Tam wchodzimy szerzej w to, co zagrało, co kompletnie nie siadło i czemu ten film bardziej wygląda jak serialowy przerywnik niż duży rozdział w historii Gwiezdnych Wojen.
Dajcie też znać, jakie są wasze wrażenia. Was „Mandalorian i Grogu” kupił, czy jednak też mieliście poczucie, że po tylu latach czekania dostaliśmy coś zdecydowanie zbyt zachowawczego?
