
Rick i Morty wrócili z dziewiątym sezonem, a to oznacza jedno: w Geekosferze znowu zaglądamy do świata, w którym każda normalna sytuacja kończy się międzywymiarową katastrofą, dziwnym absurdem albo komentarzem, po którym człowiek nie wie, czy się śmiać, czy martwić o kondycję scenarzystów. Premierowy odcinek nowego sezonu nie rozwiązuje wszystkich problemów serialu. Daje jednak coś, czego po ostatnich latach mogło już brakować – lekką nadzieję, że twórcy jeszcze potrafią odpalić ten dawny, rickomortiowy chaos.
To nie jest wielki powrót do formy, ale coś wreszcie drgnęło
Nie ma sensu udawać, że Rick i Morty są dziś w tym samym miejscu, co w najlepszych sezonach. Ten serial swoje szczyty ma już raczej za sobą i nawet najwięksi fani muszą chyba przyznać, że zmęczenie materiału było widać już od pewnego czasu. Właśnie dlatego otwarcie 9. sezonu ma znaczenie. Nie dlatego, że nagle wszystko znowu działa perfekcyjnie, ale dlatego, że wreszcie czuć tu trochę tej energii, która kiedyś napędzała całą serię.
Premierowy epizod jest szybki, momentami bardzo odjechany, a do tego umiejętnie sięga po rzeczy, które w tym uniwersum już znamy i lubimy. Nie robi tego w sposób szczególnie subtelny, ale w tym przypadku to akurat zaleta. Rick i Morty zawsze najlepiej działało wtedy, kiedy mieszało kosmiczny absurd z własnym lore i jeszcze dorzucało do tego kilka pomysłów tak głupich, że aż świetnych.
Evil Morty i to wrażenie, że serial znowu chce się bawić
Jednym z powodów, dla których ten odcinek zostawia po sobie lepsze wrażenie, jest to, że twórcy znów wchodzą w znane motywy i nie boją się bardziej „serialowej” strony Ricka i Morty’ego. To ważne, bo przez dłuższy czas serial bywał albo zbyt wykalkulowany, albo za bardzo rozbity na pojedyncze pomysły, które nie zostawiały po sobie większego śladu. Tutaj czuć, że scenarzyści chcieli połączyć klasyczną przygodę z czymś, co jednak ma trochę większy ciężar dla fanów całej serii.
Do tego wracają rzeczy, które w Ricku i Mortym powinny być obowiązkowe: absurdalne światy, dziwne zasady, pomysły z pogranicza geniuszu i kompletnego odlotu. To jeszcze nie jest odcinek, po którym można ogłaszać pełne odrodzenie marki, ale zdecydowanie jest to materiał, po którym łatwiej uwierzyć, że ten sezon może mieć przynajmniej kilka naprawdę udanych momentów.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że chce się wrócić za tydzień
I chyba to jest największy komplement dla tego odcinka. Po premierze 9. sezonu człowiek nie zostaje z poczuciem obowiązku, tylko z myślą, że może jednak warto sprawdzić, co będzie dalej. To niby niewiele, ale dla serialu, który ma już za sobą tyle sezonów, to naprawdę sporo.
W naszej recenzji mówimy szerzej o tym, dlaczego ten odcinek działa lepiej niż sporo rzeczy z ostatnich lat, co tu zagrało, gdzie dalej widać ograniczenia i czy Rick i Morty naprawdę mają jeszcze paliwo na kolejne tygodnie. Jeśli też wróciliście do tego serialu z mieszanką sentymentu, nieufności i lekkiego zmęczenia, to zdecydowanie warto odpalić nasz materiał.
Bo może i nie dostaliśmy cudu, ale dostaliśmy coś znacznie ważniejszego: odcinek, po którym znowu chce się o Ricku i Mortym pogadać.
