Star Trek V: Ostateczna granica – recenzja

Maj w naszym trekowym maratonie z okazji 60-lecia franczyzy przyniósł film, którego wielu fanów najchętniej by nie dotykało. Star Trek V: Ostateczna granica to jedna z tych części, które mają legendę jeszcze zanim człowiek usiądzie do seansu. I nie jest to legenda budowana na zachwycie. Wręcz przeciwnie – to film, który od lat funkcjonuje jako bardzo mocny argument w rozmowach o tym, że nieparzyste Star Treki zwykle mają pod górkę.

W naszej nowej recenzji wracamy do tej części nie dlatego, że chcemy się tylko pośmiać z jej potknięć. Jasne, tutaj naprawdę jest z czego się śmiać. Problem polega jednak na tym, że Star Trek V jest dużo ciekawszy jako przypadek wykolejenia się wielkich ambicji niż jako zwykły „zły film”. To produkcja, w której czuć pomysł na coś dużego, bardziej metafizycznego, bardziej „ważnego”, ale po drodze niemal wszystko zaczyna się rozjeżdżać.

Film, który miał być wielką wyprawą, a stał się trekowym kuriozum

Już sam tytuł robi robotę. The Final Frontier brzmi jak coś, co powinno mieć rozmachem, klimatem i ciężarem dorównywać największym momentom całej serii. Tymczasem film idzie w stronę, która potrafi wywołać autentyczne zdumienie. Jest tu Shatner za kamerą, są bardzo konkretne decyzje fabularne, są sceny, które miały być chyba epickie, a dziś działają przede wszystkim jako materiał do zdziwionego patrzenia w ekran.

W recenzji rozkładamy to na czynniki pierwsze. Mówimy o tym, dlaczego sam punkt wyjścia tak szybko zaczyna trzeszczeć, skąd bierze się wrażenie kompletnego chaosu i czemu ten film tak boleśnie zderza wielkie ambicje z wykonaniem, które nie daje rady ich unieść. To właśnie ten rozdźwięk sprawia, że piątka nie jest po prostu słabszą częścią. Ona jest osobnym zjawiskiem.

Nie wszystko tu jest stracone

I to jest chyba najciekawsze. Bo nawet w tej całej katastrofie da się znaleźć element, przy którym widać przebłysk lepszego filmu. W naszej rozmowie podkreślamy, że w jednym miejscu Star Trek V naprawdę dotyka czegoś sensownego i na moment przestaje być tylko kuriozalnym pokazem złych decyzji. Problem w tym, że film nie potrafi tego udźwignąć jako całości.

Właśnie dlatego ten materiał nie jest zwykłym narzekaniem dla sportu. To raczej przyglądanie się temu, jak daleko można odjechać od naprawdę dobrego pomysłu, jeśli po drodze zawodzi forma, rytm, ton i prowadzenie całości. A kiedy jeszcze dorzuci się do tego kilka scen, które dziś ogląda się z mieszaniną niedowierzania i rozbawienia, robi się z tego seans bardzo specyficzny.

Dlaczego warto obejrzeć naszą recenzję?

Bo Star Trek V to film, o którym aż chce się rozmawiać. Nie dlatego, że jest ukrytym arcydziełem. Dlatego, że tak spektakularnie nie dowozi tego, czym chciał być. W naszym materiale wracamy do tego, co tu nie działa, co mimo wszystko da się obronić i dlaczego ta część do dziś budzi tyle emocji wśród fanów serii.

Jeśli oglądacie razem z nami kolejne kinowe odsłony Star Treka z okazji 60-lecia, to tej recenzji zdecydowanie nie warto pomijać. A jeśli po prostu chcecie zobaczyć, jak wygląda moment, w którym wielki tytuł i duże ambicje spotykają się z bardzo bolesnym lądowaniem – tym bardziej zapraszamy do obejrzenia materiału.

Całą recenzję znajdziecie na naszym kanale YouTube. Dajcie znać, jak Wy patrzycie na Ostateczną granicę – czy to dla Was po prostu słabszy Star Trek, czy już pełnoprawna legenda złych decyzji?

https://youtu.be/rMV-l9Zu-VE
Star Trek V: Ostateczna granica – recenzja
Tagi: