
Są takie filmy, które po latach wracają jako ciekawostka. Są też takie, które wracają jako mem, relikt epoki albo osobliwa kapsuła absurdu. I jest jeszcze „Klątwa Doliny Węży”, czyli tytuł, który w polskiej popkulturze od dawna funkcjonuje w zupełnie osobnej kategorii. To nie jest po prostu słaby film. To jest film, który przez swoją nieporadność, dziwność i kompletnie wyjątkowy zestaw decyzji scenariuszowo-realizacyjnych urósł do rangi doświadczenia.
W Geekosferze wróciliśmy do niego ponownie, tym razem na pokazie kinowym z komentarzem Łony. I właśnie ten dodatkowy element sprawił, że seans nagle wskoczył na jeszcze wyższy poziom. Nie dlatego, że Łona cokolwiek temu filmowi „naprawia”. Raczej dlatego, że idealnie wyczuwa jego rytm, jego absurdy i wszystkie te momenty, w których człowiek i tak już zaczyna się śmiać, ale z odpowiednio rzuconym tekstem śmieje się dwa razy mocniej.
To nie jest zwykła projekcja starego filmu
Najciekawsze w tym pokazie było to, jak dobrze zadziałało samo zestawienie obrazu i komentarza. „Klątwa Doliny Węży” ma przecież mnóstwo scen, które dziś ogląda się z rozbawieniem, ale bez odpowiedniego kontekstu nowy widz może też zwyczajnie odbić się od tego chaosu. Początek jest specyficzny, dialogi momentami żyją własnym życiem, a logika świata bywa bardziej umowna niż w najdzikszych przygodówkach z VHS-owej epoki.
I tu właśnie wchodzi Łona. Nie zagaduje filmu, nie próbuje być ważniejszy od niego i nie rozwala rytmu seansu. Ten komentarz działa dokładnie tam, gdzie powinien. Wypełnia ciszę, podbija najbardziej absurdalne momenty i daje poczucie, że ogląda się ten przedziwny klasyk z kimś, kto doskonale wie, co w nim jest najpiękniej zepsute.
To ogromna zaleta, bo dzięki temu pokaz nie zamienia się w tanią szyderę. Wręcz przeciwnie — czuć w tym ogromną frajdę, ale też autentyczne zrozumienie, skąd bierze się fenomen tego filmu.
Klątwa Doliny Węży nadal broni się jako „dobre złe kino”
To też dobrze wybrzmiało w naszej recenzji. „Klątwa Doliny Węży” nie jest filmem dobrym w klasycznym sensie. Nie ma co tego pudrować. Ale jest w nim coś, czego bardzo brakuje wielu współczesnym wtopom: oglądając go, człowiek nie ma poczucia męczarni. To nie jest ten rodzaj seansu, który tylko drażni i wywołuje zażenowanie. To jest chaos, który żyje. To jest przygodowe szaleństwo z demoludów, które dziś działa trochę jak kapsuła czasu, a trochę jak komedia niezamierzona.
Właśnie dlatego ten tytuł tak dobrze wypada w zderzeniu z dużo nowszymi produkcjami, które są po prostu martwe. „Klątwa Doliny Węży” ma energię, ma aktorów, którzy naprawdę próbują coś z tego wyciągnąć, i ma sceny tak osobliwe, że zostają z człowiekiem na długo. Roman Wilhelmi, Krzysztof Kolberger, Leon Niemczyk — to wszystko daje temu filmowi dodatkowy smak. Nawet jeśli scenariusz robi momentami absolutnie wszystko, żeby ten wysiłek sabotować.
Komentarz Łony daje temu filmowi nowe życie
Największa siła tego seansu polega jednak na tym, że komentarz Łony nie przykleja się do filmu na siłę. On zaskakująco naturalnie z nim współpracuje. Dzięki temu „Klątwa Doliny Węży” w tej wersji zaczyna działać trochę jak wspólnotowe przeżycie. Nie ogląda się tego jak zwykłego archiwalnego tytułu z dawnych lat. Ogląda się to jak wydarzenie.
I właśnie dlatego uznaliśmy, że trzeba o tym opowiedzieć. Bo ten pokaz przypomniał nam, że czasem najdziwniejsze filmy żyją najdłużej. Nie dlatego, że są wybitne, ale dlatego, że są absolutnie nie do pomylenia z niczym innym.
Jeśli więc chcecie zobaczyć, jak wygląda seans, na którym złe kino spotyka się z idealnie wyczutym komentarzem i nagle zamienia się w czystą rozrywkę, to koniecznie sprawdźcie naszą recenzję. W Geekosferze wróciliśmy do „Klątwy Doliny Węży” po raz kolejny i wszystko wskazuje na to, że to jeszcze wcale nie jest nasze ostatnie spotkanie z tym przedziwnym klasykiem.
