
Niektóre filmy ogląda się dziś z poczuciem, że czas ich nie oszczędził, ale wciąż mają w sobie jakiś urok. Inne są złe, a jednak zostawiają po sobie choćby ciekawy ślad epoki. A potem trafia się „Masters of the Universe” z 1987 roku, czyli film, który teoretycznie miał być wielkim wejściem He-Mana do kina, a w praktyce działa głównie jako bardzo dziwny pomnik źle skierowanych ambicji.
W Geekosferze wróciliśmy do tej produkcji przy okazji zbliżającego się nowego filmu z tego uniwersum i szybko okazało się, że to nie jest tylko „słabsza adaptacja”. To jest przypadek dużo ciekawszy. Taki, w którym już sam punkt wyjścia brzmi jak coś, co nie powinno było się udać. Popularna marka zabawek i kreskówka? Są. Próba zrobienia z tego czegoś na kształt „Gwiezdnych Wojen” w klimacie fantasy? Jest. Problem polega na tym, że po drodze wyparowuje prawie wszystko, co w He-Manie było najbardziej charakterystyczne.
Eternia znika szybciej, niż człowiek zdąży się przyzwyczaić
To jest chyba najbardziej zdumiewający element całego filmu. Kiedy myślimy o He-Manie, od razu przychodzą do głowy Eternia, kreskówkowy rozmach, cały ten zabawkowo-fantastyczny klimat, no i oczywiście cała galeria dziwnych postaci, których nie da się pomylić z żadnym innym uniwersum. Tymczasem film z 1987 roku bardzo szybko pakuje walizki i ucieka z tej estetyki w dużo tańsze rejony.
Efekt jest taki, że zamiast pełnokrwistego filmu osadzonego w świecie He-Mana dostajemy historię, która ląduje w amerykańskiej rzeczywistości i przez długi czas sprawia wrażenie, jakby sama wstydziła się własnego materiału źródłowego. To właśnie ten moment, w którym zaczyna być jasne, że coś poszło bardzo nie tak. Bo nie chodzi nawet o wierność wobec kreskówki jeden do jednego. Bardziej o to, że film przestaje czuć własną tożsamość.
To nie He-Man rządzi tym seansem
Jednym z najciekawszych paradoksów tej produkcji jest to, że sam He-Man wcale nie jest tutaj największą atrakcją. Dolph Lundgren ma fizyczną prezencję, która na papierze powinna robić robotę, ale film nie daje mu zbyt wiele do grania. Zamiast bohatera, który niesie całość na barkach, dostajemy postać, która chwilami bardziej przemyka przez własny film, niż go prowadzi.
Za to jest ktoś, kto ten seans momentami autentycznie ratuje – Frank Langella jako Szkieletor. I to jest rzecz, która w waszej recenzji wybrzmiewa bardzo mocno. Nieważne, jak bardzo wszystko wokół się rozjeżdża, Langella wchodzi, mówi swoje kwestie z pełnym przekonaniem i nagle przez moment człowiek ma wrażenie, że ogląda lepszy film, niż ten, który rzeczywiście leci na ekranie. To nie wystarcza, żeby uratować całość, ale zdecydowanie wystarcza, żeby zapamiętać, kto tu naprawdę miał charyzmę.
To nie jest nawet ten przyjemny rodzaj złego kina
I tu dochodzimy do sedna. Są filmy, które są złe, ale ogląda się je z przyjemnością, bo mają energię, bezczelność albo czysty kampowy wdzięk. „Masters of the Universe” niestety bardzo często wpada w inną kategorię. To nie jest seans, który zachwyca swoją nieporadnością. To raczej film, który momentami zwyczajnie męczy, bo zbyt długo drepcze w miejscu, rozciąga rzeczy, które nie są ciekawe, i nie daje odpowiedniej nagrody za cierpliwość.
Właśnie dlatego Masters of the Universe tak dobrze nadaje się do rozmowy, a trochę gorzej do samego oglądania. W recenzji w Geekosferze rozkładamy go na części pierwsze i pokazujemy, czemu ten projekt tak spektakularnie rozminął się z potencjałem marki. Jeśli więc macie sentyment do He-Mana, ciekawią was wielkie popkulturowe wtopy albo po prostu chcecie zobaczyć, jak wygląda film, w którym Szkieletor wygrywa z resztą produkcji przez samą obecność, to warto odpalić nasz materiał.
Czy warto dziś wracać do Masters of the Universe?
Raczej nie po to, żeby szukać tu ukrytego klasyka. Ale zdecydowanie tak, jeśli chcecie zobaczyć niezwykle osobliwy kawałek kina lat 80., który próbował być czymś wielkim, a skończył jako ciekawostka i przestroga zarazem. I właśnie dlatego w Geekosferze do niego wróciliśmy – nie po to, żeby go bezrefleksyjnie dobijać, tylko żeby sprawdzić, jak bardzo ten film odjechał od wszystkiego, czym He-Man powinien być.
