
Po drugim odcinku 9. sezonu można było mieć lekkie obawy, czy „Rick i Morty” znowu nie zacznie za bardzo kręcić się wokół tych samych tematów i emocjonalnych mielizn. Na szczęście trzeci epizod bardzo szybko przypomina, co w tym serialu działa najlepiej. Nie przez wielkie fabularne rewolucje, nie przez sztuczne pompowanie stawki, tylko przez czysty, dobrze napisany absurd, który od początku do końca ma energię.
To właśnie dlatego ten odcinek tak dobrze siada. Z jednej strony jest bardzo „starym dobrym Rickiem i Mortym”, a z drugiej nie sprawia wrażenia odgrzewanego kotleta. To raczej klasyczne danie w lepszej panierce – znajome składniki, ale podane tak, że znowu chce się to oglądać bez przewracania oczami.
Rodzina znowu naprawdę ma znaczenie
Jedna z najmocniejszych rzeczy w tym odcinku to powrót rodziny do centrum zabawy. To nie jest już samotny Rick mielący własne problemy przez pół epizodu, tylko pełniejszy układ, w którym każdy coś wnosi. I właśnie dzięki temu całość od razu łapie lepszy rytm.
Najmocniej wybrzmiewa tu oczywiście Jerry. W Geekosferze od dawna mamy słabość do odcinków, w których Jerry może robić swoje, a tutaj dostaje naprawdę wdzięczny materiał. Jego wątek działa nie tylko dlatego, że jest absurdalny, ale też dlatego, że idealnie trafia w tę jego nieporadną, wiecznie próbującą coś udowodnić naturę. To dokładnie ten typ humoru, który w „Ricku i Mortym” potrafi być jednocześnie głupi, celny i bardzo serialowy.
Kung-fu jako pretekst do czystej zabawy
Drugi wielki plus tego epizodu to motyw kung-fu. Serial znowu bierze na warsztat konkretny popkulturowy klimat i przepuszcza go przez własny filtr. To nie jest pierwszy raz, kiedy „Rick i Morty” bawi się cudzym stylem, ale tutaj robi to wyjątkowo lekko. Czuć, że twórcy nie próbują na siłę budować z tego wielkiej deklaracji, tylko po prostu bawią się konwencją i wyciągają z niej jak najwięcej frajdy.
To ważne, bo właśnie takie odcinki często przypominają, z czego ten serial wyrósł. Z pomysłów prostych w założeniu, ale doprowadzonych do kompletnego odlotu. Nie wszystko musi od razu pchać wielki lore do przodu. Czasem dużo lepiej działa 20 minut konkretnej, odjechanej historii, która po prostu ma tempo, pomysł i charakter.
Rick wreszcie nie smęci, tylko działa
W tym odcinku dobrze wypada też sam Rick. Nadal czuć, że pod warstwą absurdu przemycane są jego emocje i relacje, ale tym razem nie zostało to podane łopatą. I bardzo dobrze. Zamiast odcinka, który co chwilę zatrzymuje się, żeby tłumaczyć nam, co bohater czuje, dostajemy wersję znacznie naturalniejszą. Emocje są, ale są zaszyte w akcji, w relacjach i w tym całym szalonym zamieszaniu. Dzięki temu wszystko brzmi lżej i dużo bardziej po rickowemu.
To właśnie taki balans sprawia, że trzeci odcinek sezonu 9 wypada tak dobrze. Jest śmieszny, jest szybki, jest odklejony, ale nie pusty. I co najważniejsze — po prostu chce się go oglądać.
Dlaczego warto obejrzeć naszą recenzję?
W nowym materiale rozkładamy ten epizod na czynniki pierwsze i pokazujemy, czemu właśnie ten odcinek tak mocno przywrócił nam wiarę w sezon 9. Rozmawiamy o tym, jak działa tu Jerry, czemu kung-fu okazało się strzałem w dziesiątkę i dlaczego ten serial nadal jest najlepszy wtedy, kiedy nie próbuje być za mądry na siłę.
Jeśli też mieliście po drugim odcinku lekkie „hmm, zobaczymy co dalej”, to 9×03 zdecydowanie jest dobrym sygnałem. A jeśli chcecie sprawdzić, czy w Geekosferze patrzymy na ten epizod podobnie jak wy, to nasza recenzja już czeka.
