Rick i Morty sezon 9 odcinek 3 – recenzja

Po drugim odcinku 9. sezonu można było mieć lekkie obawy, czy Rick i Morty znowu nie zacznie za bardzo kręcić się wokół tych samych tematów i emocjonalnych mielizn. Na szczęście trzeci epizod bardzo szybko przypomina, co w tym serialu działa najlepiej. Nie przez wielkie fabularne rewolucje, nie przez sztuczne pompowanie stawki, tylko przez czysty, dobrze napisany absurd, który od początku do końca ma energię.

https://youtu.be/uolA3c2SfoU

To właśnie dlatego ten odcinek tak dobrze siada. Z jednej strony jest bardzo „starym dobrym Rickiem i Mortym”, a z drugiej nie sprawia wrażenia odgrzewanego kotleta. To raczej klasyczne danie w lepszej panierce – znajome składniki, ale podane tak, że znowu chce się to oglądać bez przewracania oczami.

Rodzina znowu naprawdę ma znaczenie

Jedna z najmocniejszych rzeczy w tym odcinku to powrót rodziny do centrum zabawy. To nie jest już samotny Rick mielący własne problemy przez pół epizodu, tylko pełniejszy układ, w którym każdy coś wnosi. I właśnie dzięki temu całość od razu łapie lepszy rytm.

Najmocniej wybrzmiewa tu oczywiście Jerry. W Geekosferze od dawna mamy słabość do odcinków, w których Jerry może robić swoje, a tutaj dostaje naprawdę wdzięczny materiał. Jego wątek działa nie tylko dlatego, że jest absurdalny, ale też dlatego, że idealnie trafia w tę jego nieporadną, wiecznie próbującą coś udowodnić naturę. To dokładnie ten typ humoru, który w „Ricku i Mortym” potrafi być jednocześnie głupi, celny i bardzo serialowy.

Kung-fu jako pretekst do czystej zabawy

Drugi wielki plus tego epizodu to motyw kung-fu. Serial znowu bierze na warsztat konkretny popkulturowy klimat i przepuszcza go przez własny filtr. To nie jest pierwszy raz, kiedy „Rick i Morty” bawi się cudzym stylem, ale tutaj robi to wyjątkowo lekko. Czuć, że twórcy nie próbują na siłę budować z tego wielkiej deklaracji, tylko po prostu bawią się konwencją i wyciągają z niej jak najwięcej frajdy.

To ważne, bo właśnie takie odcinki często przypominają, z czego ten serial wyrósł. Z pomysłów prostych w założeniu, ale doprowadzonych do kompletnego odlotu. Nie wszystko musi od razu pchać wielki lore do przodu. Czasem dużo lepiej działa 20 minut konkretnej, odjechanej historii, która po prostu ma tempo, pomysł i charakter.

Rick wreszcie nie smęci, tylko działa

W tym odcinku dobrze wypada też sam Rick. Nadal czuć, że pod warstwą absurdu przemycane są jego emocje i relacje, ale tym razem nie zostało to podane łopatą. I bardzo dobrze. Zamiast odcinka, który co chwilę zatrzymuje się, żeby tłumaczyć nam, co bohater czuje, dostajemy wersję znacznie naturalniejszą. Emocje są, ale są zaszyte w akcji, w relacjach i w tym całym szalonym zamieszaniu. Dzięki temu wszystko brzmi lżej i dużo bardziej po rickowemu.

To właśnie taki balans sprawia, że trzeci odcinek sezonu 9 wypada tak dobrze. Jest śmieszny, jest szybki, jest odklejony, ale nie pusty. I co najważniejsze — po prostu chce się go oglądać.

Dlaczego warto obejrzeć naszą recenzję?

W nowym materiale rozkładamy ten epizod na czynniki pierwsze i pokazujemy, czemu właśnie ten odcinek tak mocno przywrócił nam wiarę w sezon 9. Rozmawiamy o tym, jak działa tu Jerry, czemu kung-fu okazało się strzałem w dziesiątkę i dlaczego ten serial nadal jest najlepszy wtedy, kiedy nie próbuje być za mądry na siłę.

Jeśli też mieliście po drugim odcinku lekkie „hmm, zobaczymy co dalej”, to 9×03 zdecydowanie jest dobrym sygnałem. A jeśli chcecie sprawdzić, czy w Geekosferze patrzymy na ten epizod podobnie jak wy, to nasza recenzja już czeka.

Rick i Morty sezon 9 odcinek 3 – recenzja
Tagi: