
Są takie produkcje, które od pierwszych minut kupują człowieka klimatem. Niekoniecznie tempem, niekoniecznie historią, ale właśnie atmosferą, obrazem i tym trudnym do podrobienia feelingiem, że ktoś naprawdę wiedział, jaką estetykę chce osiągnąć. Spider-Noir bez wątpienia należy do tej kategorii. Już sam pomysł, żeby wrzucić Nicolasa Cage’a do mrocznego, komiksowego Nowego Jorku lat 20., brzmi jak coś, co powinno po prostu działać. I przez chwilę naprawdę działa.
W Geekosferze bardzo szybko złapaliśmy, że to nie jest serial nijaki. Wręcz przeciwnie – to jedna z tych produkcji, które mają bardzo wyraźny charakter. Twórcy dopracowali warstwę wizualną tak mocno, że trudno jej nie zauważyć. Czarno-biała wersja wygląda jak spełniona obietnica gatunku, a nawet wariant kolorowy nie idzie w zwykłą telewizyjną nijakość, tylko ma celowo przerysowaną, lekko odrealnioną paletę. Do tego dochodzą ujęcia, które naprawdę wyglądają jak żywe plansze komiksu. I właśnie to jest największa siła tej produkcji.
Kiedy forma zaczyna wygrywać z treścią
Problem w tym, że po kilku odcinkach sam styl przestaje wystarczać. I to jest główny zarzut, który bardzo mocno wybrzmiewa też w naszej recenzji. Spider-Noir ma historię, która spokojnie udźwignęłaby film albo dużo krótszą serię, ale jako ośmioodcinkowy serial zaczyna się rozłazić. Kolejne sceny są nastrojowe, efektowne i klimatyczne, tylko że bardzo często nie pchają historii do przodu tak, jak powinny.
To nie jest przypadek serialu złego. To dużo bardziej frustrująca sytuacja, bo tu naprawdę widać potencjał. Widać pomysł na bohatera, na noir, na komiksową stylizację i na świat, który mógłby zostać z widzem na dłużej. Tyle że to wszystko jest przeciągnięte tak bardzo, że zaczyna usypiać zamiast wciągać. I wtedy nawet świetny klimat nie daje już takiego efektu jak na początku.
Nicolas Cage pasuje tu zaskakująco dobrze
Jednym z największych plusów całej produkcji jest oczywiście Nicolas Cage. W takiej roli on po prostu siada. Zgorzkniały, zmęczony, trochę przykurzony, a jednocześnie wystarczająco charakterystyczny, żeby nie dało się od niego oderwać wzroku. To nie jest ten przypadek, w którym nazwisko ma tylko przyciągnąć uwagę. Tutaj Cage naprawdę robi robotę i przez długi czas niesie ten serial bardziej niż sama fabuła.
Pomagają mu też pojedyncze postacie poboczne i kilka naprawdę dobrze trafionych elementów gatunkowych. Jest wierna asystentka, jest dziennikarski upór, jest femme fatale, są gangsterzy, są wszystkie te składniki, które w noir powinny być obecne. Problem znowu polega na tym, że to wszystko bywa aż za bardzo „od linijki”. Zamiast dostać historię, która czasem skręci w coś świeżego, częściej mamy poczucie, że twórcy odhaczają kolejne gatunkowe obowiązki.
To materiał bardziej do rozmowy niż do bezwarunkowego polecenia
Właśnie dlatego Spider-Noir jest tytułem ciekawym, ale niełatwym do polecenia w ciemno. Jeśli ktoś kocha noir, lubi komiksową stylizację i potrafi długo płynąć na samym klimacie, to pewnie znajdzie tu sporo dla siebie. Jeśli jednak oczekuje historii, która regularnie podkręca tempo, zaskakuje i naprawdę uzasadnia serialową formę, to może odbić się od tego dużo szybciej, niż zakładał.
I właśnie dlatego warto sprawdzić naszą recenzję. Nie po to, żeby dostać suche streszczenie odcinków, tylko żeby zobaczyć, gdzie ten serial naprawdę działa, a gdzie sam sobie zabiera impet. Bo to nie jest produkcja bez charakteru. To raczej bardzo stylowy projekt, który nie dostał odpowiednio zwartej formy. A to, niestety, w przypadku serialu bywa problemem większym niż jakikolwiek pojedynczy fabularny zgrzyt.
