Stuart nie ratuje wszechświata – sezon 1 odcinek 1 – recenzja

Spin-offy znanych seriali to zawsze ryzykowna zabawa. Zwłaszcza kiedy zamiast oczywistej kontynuacji dostajemy coś, co wygląda jak bardzo odważne „a co by było, gdyby…?”. Stuart nie ratuje wszechświata, czyli Stuart Fails to Save the Universe, już samym tytułem sugeruje, że nie będzie klasycznym powrotem do świata The Big Bang Theory. I faktycznie, pierwszy odcinek bardzo szybko pokazuje, że to nie jest po prostu kolejny sitcom o znajomych twarzach.

https://youtu.be/VEna0454IQM

To raczej dziwny, absurdalny fanfik na sterydach. Stuart Bloom, znany ze sklepu z komiksami, trafia w postapokaliptyczną rzeczywistość. Tam zombie, wyrwy w świecie i walka o przetrwanie mieszają się z bardzo przyziemnym humorem. Bo nawet jeśli świat się kończy, nadal można kłócić się o wartość komiksu z Batmanem.

Big Bang Theory jako postapokaliptyczny fanfik

Pierwszy odcinek Stuart nie ratuje wszechświata od razu ustawia zasady gry. To nie jest zwykła kontynuacja Big Bang Theory. Serial bierze bohaterów z bocznych torów oryginału, wrzuca ich w kompletnie odklejoną rzeczywistość . Sprawdza, ile absurdu można wycisnąć z tego świata, zanim widz powie: dobra, ale o co tu właściwie chodzi?

Najciekawsze jest to, że pilot wcale nie próbuje udawać czegoś bardziej poważnego. Postapo jest tu pretekstem do żartów, zabawy konwencją i scen, które działają właśnie dlatego, że są kompletnie oderwane od sitcomowej codzienności. Stuart prowadzący sklep z komiksami w świecie po apokalipsie brzmi jak pomysł z fanowskiego forum, ale właśnie w tej dziwności jest pewien urok.

W materiale zwracamy uwagę na to, że serial trochę przypomina mieszankę Ricka i Morty’ego, Slidersów i pobocznego odcinka Big Bang Theory, który ktoś przypadkiem rozciągnął do osobnej produkcji. I to może być zarówno jego największa siła, jak i największe ryzyko.

Bert i Barry Kripke kradną show

Największy problem Stuarta polega na tym, że pierwszy odcinek niekoniecznie udowadnia, że to on jest najciekawszym elementem własnego serialu. Stuart działa jako punkt wyjścia, ale show bardzo szybko zaczynają kraść mu inni. Bert, geolog z charakterystycznym głosem i absurdalnym spokojem, od razu świetnie pasuje do tej rzeczywistości. Barry Kripke jako lokalny władca północnej Pasadeny to z kolei pomysł tak głupi, że aż trudno się na niego gniewać.

I właśnie o tym sporo rozmawiamy w recenzji. Czy Stuart sam udźwignie serial? Czy jego postać będzie ewoluować? A może cały urok tej produkcji polega na tym, że wokół niego będą krążyć coraz dziwniejsze wersje znanych bohaterów i kolejne popkulturowe światy?

Pilot daje powody do ostrożnego optymizmu, ale też zostawia kilka znaków zapytania. Jeżeli każdy odcinek będzie oparty na tym samym schemacie: nowy świat, nowa konwencja, nowy problem i kolejny przeskok dalej, to taka formuła może się szybko zmęczyć. Jeżeli jednak twórcy naprawdę wykorzystają ten absurd i pozwolą postaciom się zmieniać, może wyjść z tego coś całkiem sympatycznego.

Recenzja Stuart nie ratuje wszechświata już w Geekosferze

W naszej recenzji pierwszego odcinka rozmawiamy o tym, czy Stuart Fails to Save the Universe ma potencjał na coś więcej niż jednorazowy żart. Jest tu postapo, sklep z komiksami, dziury w rzeczywistości, Barry Kripke w trybie dyktatora, teoria o psychiatryku i pytanie, czy Stuart naprawdę ratuje wszechświat, czy raczej próbuje poskładać samego siebie.

To nie jest najlepszy pilot, jaki widzieliśmy w życiu, ale jest wystarczająco dziwny, żeby chcieć sprawdzić, co będzie dalej. A w przypadku spin-offu tak znanej marki to już całkiem niezły start.

Obejrzyjcie naszą recenzję pierwszego odcinka Stuart nie ratuje wszechświata na YouTube i dajcie znać, czy po pierwszym odcinku bardziej czujecie ciekawość, obawę, czy jedno wielkie: „co oni właściwie zrobili z Big Bang Theory?”.

https://youtu.be/VEna0454IQM
Stuart nie ratuje wszechświata – sezon 1 odcinek 1 – recenzja