Stuart nie ratuje wszechświata odcinek 6 – recenzja

Szósty odcinek Stuart nie ratuje wszechświata stawia przed widzem pytanie, na które chyba nikt nie był gotowy: co by było, gdyby ludzie wyewoluowali od krów? To dokładnie ten rodzaj absurdalnego pomysłu, który w teorii powinien pasować do serialu o przeskakiwaniu przez kolejne odklejone rzeczywistości. Problem w tym, że nawet dobry punkt wyjścia trzeba jeszcze jakoś sensownie poprowadzić.

https://youtu.be/aqIe-muACqE

W naszej recenzji wracamy do odcinka, który bardzo mocno podzielił Geekosferę. Dla jednego z nas to najciekawszy epizod od czasu pilota, bo przynajmniej próbuje zrobić ze swoim światem coś bardziej abstrakcyjnego i dziwnego. Dla drugiego to kolejny krok w stronę pełnego zmęczenia serialem, który coraz częściej wygląda jak test cierpliwości zamiast zabawny spin-off świata The Big Bang Theory.

I właśnie ten rozdźwięk jest w materiale najciekawszy. Bo odcinek ma kilka elementów, które można docenić. Świat ludzi od krów jest głupi, ale ma jakiś pomysł. Rozłam w ekipie sprawia, że przez chwilę nie oglądamy tylko kolejnej wariacji na temat „trzeba uruchomić maszynę i iść dalej”. Pojawia się też próba mocniejszego poprowadzenia relacji Stuarta i Denise. Tyle że serial nadal nie potrafi odpowiedzieć na podstawowe pytanie: dlaczego to akurat Stuart ma nas obchodzić?

Stuart nie ratuje wszechświata odc. 6 - stuart je bonsai

Stuart jako najsłabszy element Stuarta

Największy problem serialu pozostaje ten sam. Stuart wciąż nie rozwija się w sposób, który dawałby widzowi satysfakcję. Po sześciu odcinkach trudno mówić o drodze bohatera, rosnącej pewności siebie albo wyraźnym celu, który prowadziłby sezon do przodu. Zamiast tego dostajemy kolejną porcję nieporadności, która coraz mniej działa jako cecha komediowa, a coraz bardziej jako ciężar dla całej historii.

W recenzji rozmawiamy o tym, że serial naprawdę mocno potrzebuje Kripkego i Berta. To oni nadal wnoszą energię, której brakuje tytułowemu bohaterowi. Dlatego momenty, w których zostają odsunięci na bok, od razu bolą bardziej. Szczególnie że relacja Stuarta i Denise nie ma jeszcze takiego fundamentu, żeby unieść odcinek samodzielnie.

Jest tu też problem zasad. Stuart Prime raz działa jak hologram, raz pojawia się w inny sposób, druga skrzynka może zostać zamówiona przez kuriera, a tłumaczenia robią wrażenie bardziej żartu z naukowego bełkotu niż spójnego pomysłu na świat. W serialu o multiświatach można oczywiście pozwolić sobie na absurd, ale absurd nadal potrzebuje własnej logiki.

Absurd to za mało, gdy serial stoi w miejscu

Szósty odcinek pokazuje też, że sama dziwność nie wystarczy. Świat ludzi od krów mógłby być zabawny, gdyby gag nie został przeciągnięty tak mocno. Po pewnym czasie ciągłe jedzenie i zwracanie jedzenia przestaje być żartem, a zaczyna być po prostu męczące. I to dobrze oddaje większy problem serialu: pomysły są, ale zbyt często brakuje im wyczucia.

W materiale zastanawiamy się też, czy 20-minutowy format nie szkodzi takiej historii. Cztery główne postacie, nowe uniwersum, relacje, fanserwis i jeszcze jakaś fabuła do popchnięcia dalej — to sporo jak na tak krótki odcinek. Tyle że inne seriale komediowe i science fiction potrafiły robić więcej w podobnym czasie. Sam format nie jest więc wymówką. Problemem jest raczej to, że „Stuart nie ratuje wszechświata” nadal nie wie, co chce zrobić ze swoim bohaterem.

Obejrzyjcie naszą recenzję Stuart nie ratuje wszechświata odcinek 6 i dajcie znać, czy jeszcze oglądacie ten serial. A jeśli tak – jesteście bliżej obozu „to był najlepszy odcinek od pilota”? czy raczej obozu „proszę, niech to się już skończy”?

Stuart nie ratuje wszechświata odcinek 6 – recenzja