
Siódmy odcinek Stuart nie ratuje wszechświata zaczyna się od pomysłu, który powinien działać właściwie sam. Bohaterowie trafiają do świata, w którym wszyscy słyszą myśli. To brzmi jak gotowy materiał na komedię. Szczególnie w serialu, który próbuje mieszać sitcom z multiświatowym science fiction. Problem w tym, że serial znowu nie wie, co z takim pomysłem zrobić.
W naszej recenzji wracamy do odcinka, który mocno testuje cierpliwość. Jest krótki. Ma około piętnastu minut właściwej historii. A mimo to potrafi sprawiać wrażenie produkcji, która już nie szuka nowych żartów, tylko nerwowo przestawia elementy znane z poprzednich epizodów.
Świat słyszanych myśli mógł być świetnym pretekstem do komediowego chaosu. Mógł pokazać bohaterów od innej strony. Mógł też wreszcie dać Stuartowi okazję, żeby stał się kimś więcej niż problemem własnego serialu. Zamiast tego dostajemy kilka prostych gagów i poczucie, że potencjał znowu został na stole.
Multiświat, który gubi własne zasady
Największa frustracja przy tym odcinku nie bierze się tylko z braku humoru. Chodzi też o zasady świata. A raczej o to, że serial coraz częściej sprawia wrażenie, jakby sam nie pamiętał, co wcześniej ustalił.
Pojawiają się kolejne wersje ekipy. Jedni noszą kitel, inni mundury, główni bohaterowie znowu wpadają w znane miejsca. Wraca krowie uniwersum. Wracają też pytania, na które serial nie daje sensownych odpowiedzi. Jak działa przenoszenie między światami? Czy bohaterowie przejmują ciała swoich odpowiedników? Dlaczego niektórzy zmieniają ubrania, a inni nie? Czy to w ogóle ma jeszcze znaczenie dla scenariusza?
W komedii można pozwolić sobie na absurd. W science fiction też. Ale nawet najbardziej odklejony absurd potrzebuje jakiejś wewnętrznej logiki. Tutaj coraz częściej zostaje tylko wrażenie, że odcinek ma dowieźć kolejną gonitwę i kilka znajomych twarzy.
Kripke i Bert nie uratują wszystkiego
W recenzji wraca też temat, który ciągnie się od początku sezonu. Kripke i Bert nadal mają momenty. Nadal potrafią wnieść trochę energii. Problem polega na tym, że to już nie wystarcza.
Serial nie może w nieskończoność opierać się na tym, że Barry Kripke rzuci jedną dobrą kwestię albo że Bert pojawi się w odpowiednim momencie. Po siedmiu odcinkach potrzebne jest coś więcej. Lepszy rytm. Mocniejszy bohater. Jaśniejszy cel. Jakiekolwiek poczucie, że ta historia dokądś zmierza.
Stuart nadal nie działa jako główna postać. Twórcy próbują pokazać, że bierze odpowiedzialność za ekipę. Padają sceny, które mają sugerować jego zmianę. Ale sama deklaracja nie buduje charyzmy. Jeśli bohater przez większość sezonu jest bierny, to jeden moment dowodzenia nie sprawia nagle, że zaczynamy mu kibicować.
Recenzja odcinka 7 już w Geekosferze
W naszej recenzji Stuart nie ratuje wszechświata odcinek 7 rozmawiamy o serialu, który miał potencjał, ale coraz mocniej wygląda, jakby nie wiedział, jak go wykorzystać. Świat słyszanych myśli mógł być świetnym odcinkiem. Zamiast tego dostaliśmy epizod, który wraca do starych uniwersów i jeszcze bardziej komplikuje zasady własnego multiświata.
To nie jest już tylko zwykłe narzekanie na słabszy odcinek. Po siódmym epizodzie trudno nie mieć wrażenia, że serial zgubił drogę. A najgorsze jest to, że gdzieś pod spodem nadal widać pomysł, z którego mogło powstać coś dużo ciekawszego.
Obejrzyjcie naszą recenzję i dajcie znać, czy nadal oglądacie Stuarta. Może widzicie w tym coś, czego my coraz bardziej nie możemy znaleźć?
