Stuart Nie Ratuje Wszechświata odcinek 10

Pierwszy sezon Stuart nie ratuje wszechświata dobiegł końca. Po dziewięciu odcinkach zostało sporo pytań, więc finał miał przed sobą całkiem konkretne zadanie. Powinien wreszcie pokazać, dokąd prowadziła cała zabawa multiświatem.

Dostał na to około osiemnastu minut. Dla porównania nasza recenzja finału trwa dłużej. I nie jest to żart wymyślony na potrzeby tego artykułu. W pewnym momencie sami orientujemy się podczas nagrania, że właśnie przekroczyliśmy czas trwania odcinka.

https://youtu.be/aUBo9VWPzYs

Finał zaczyna się tam, gdzie skończył się komiks

Po wydarzeniach z poprzedniego epizodu Stuart i reszta ekipy nadal znajdują się w sklepie z komiksami zawieszonym w nicości. Nad wszystkim czuwa tajemnicza istota wprowadzona właściwie chwilę przed końcem sezonu.

Wreszcie dostajemy fragment wyjaśnienia jej pochodzenia. Problem polega na tym, że zamiast uporządkować historię, generuje on kolejne pytania. W naszej rozmowie szybko dochodzimy do tego, że zasady tego świata po dziesięciu odcinkach nadal są bardzo umowne.

To szczególnie boli, bo serial od początku sugerował większą tajemnicę. Stuart miał przywracać równowagę między światami. Potem pojawiły się podróże w czasie. Pod sam koniec doszedł jeszcze główny przeciwnik. Finał miał okazję te elementy połączyć.

Nie wykorzystuje jej.

Stuart nagle zostaje sitcomem

Najciekawszy pomysł finału pojawia się wtedy, gdy Barry Kripke zaczyna słyszeć śmiech publiczności. Bohaterowie odkrywają, że funkcjonują według zasad klasycznego sitcomu. Sceny przeskakują bez ich wiedzy, a otoczenie coraz wyraźniej przypomina telewizyjną dekorację.

W końcu znika czwarta ściana. Dosłownie.

To prowadzi do najbardziej meta momentu całego sezonu. Bohaterowie wychodzą na plan zdjęciowy i widzą aktorów grających ich samych. Serial próbuje w ten sposób doprowadzić zabawę formą do absolutnego maksimum.

Sam pomysł potrafimy docenić. Problemem jest to, co dzieje się później.

Metażart nie zastępuje zakończenia

Bohaterowie opuszczają studio. I właściwie tyle.

Nie dostajemy odpowiedzi na większość pytań, które serial stawiał przez cały sezon. Nie wiemy, jaki był ostateczny sens kolejnych podróży. Trudno też powiedzieć, co właściwie oznacza cała misja Stuarta.

W naszej recenzji finału Stuart nie ratuje wszechświata mocno wracamy do jednego problemu. Gdy serial przez cały sezon sugeruje tajemnicę, finał powinien zaoferować jakąś nagrodę. Nie musi wyjaśnić wszystkiego. Może zostawić cliffhanger. Powinien jednak dać widzowi poczucie, że historia dokądś dotarła.

Tutaj tego poczucia zabrakło.

Dziesięć odcinków i nadal szukamy fabuły

Przy okazji finału podsumowujemy cały pierwszy sezon. Początek dawał nam nadzieję. Pomysł ze skakaniem między rzeczywistościami miał potencjał, a pilot sugerował znacznie większą historię.

Potem kolejne światy coraz częściej stawały się celem samym w sobie. Pojawiał się pomysł na uniwersum, ale brakowało jego rozwinięcia. Zamiast rosnącej historii dostawaliśmy następny skok i kolejne oczekiwanie, że odpowiedzi przyjdą później.

Finał pokazuje, że nie przychodzą.

Największym problemem nie jest nawet absurd. Lubimy absurd, kiedy jest świadomie zbudowany. Problem w tym, że Stuart nie ratuje wszechświata przez większość sezonu zachowuje się tak, jakby posiadał większą fabułę. Na końcu okazuje się, że trudno ją znaleźć.

Kripke i Bert nie mogli ratować serialu bez końca

W ciągu sezonu wielokrotnie wracaliśmy do Barryego Kripkego i Berta. To właśnie oni najczęściej dawali nam komediowe momenty, które naprawdę działały. Problem polega na tym, że postacie drugoplanowe nie mogą przez dziesięć odcinków wykonywać pracy za protagonistę i scenariusz.

Stuart zbyt rzadko dostawał okazję, żeby pokazać, dlaczego to właśnie on powinien prowadzić ten serial. Dziewiąty odcinek, rozgrywający się w świecie komiksu, był jednym z niewielu momentów, kiedy jego wiedza naprawdę mogła stać się atutem.

W finale znowu wracamy do Stuarta, który przede wszystkim reaguje na wydarzenia. Po całym sezonie to zdecydowanie za mało.

Nasza recenzja jest dłuższa od finału Stuart nie ratuje wszechświata

W okolicach dziewiętnastej minuty naszego materiału orientujemy się, że właśnie wydarzyła się rzecz dość zabawna. O finale Stuarta rozmawiamy już dłużej, niż trwa sam odcinek.

Trudno o lepszą puentę.

Serial miał dziesięć odcinków, żeby przekonać nas do swojego pomysłu. Zaczynaliśmy z nadzieją, bo połączenie świata The Big Bang Theory z multiwersum dawało sporo możliwości. Kończymy sezon znacznie mniej entuzjastycznie.

Wiemy, że część widzów bawiła się przy nim znacznie lepiej. I bardzo dobrze. U nas ten eksperyment zwyczajnie nie zadziałał.

Teraz pozostaje pytanie, co wydarzy się dalej. Jeżeli Stuart nie ratuje wszechświata wróci z kolejnym sezonem, twórcy mają sporo do naprawienia.

Obejrzyjcie naszą recenzję finału Stuart nie ratuje wszechświata i dajcie znać, jak wy odebraliście Nakręcone przy udziale publiczności. Czy meta zakończenie was kupiło, czy też po dziesięciu odcinkach czekaliście na coś znacznie bardziej konkretnego?

Stuart nie ratuje wszechświata odcinek 10 – recenzja